Kilka tygodni temu Barack Obama powiedział, że Polska i Węgry nie są już demokracjami w tradycyjnym rozumieniu. Te mocne słowa są przesadą, ale nie zmienia to faktu, że od kilku lat Polska leci na łeb w rankingach wolnościowych, a instytucje zaufania publicznego tracą swój przynajmniej teoretycznie niezależny charakter. Co jednak ważne, słowa Obamy nie są czymś odosobnionym. Takich wypowiedzi jest znacznie więcej.
Kto wie czy za wypowiadającymi nie stoi lektura znakomitej dziennikarki p. Anny Appelbaum pt. „Zmierzch demokracji”. Autorka bardzo ceniona na świecie, od wielu lat propagowała nasz kraj, jako miejsce sukcesu, a nas jako pogromców komunizmu. Ale ma też „pecha”. Jej mężem jest znienawidzony przez działaczy PIS Radosław Sikorski. Dlatego często obrywa się także jej.
Największą zaletą „Zmierzchu demokracji” jest świetny klimat. Bardzo przypomina mi film „Melancholia” Larsa Von Triera (chodzi zwłaszcza o pierwsze rozdziały). Podobnie jak w utworze kontrowersyjnego reżysera widzieliśmy nadchodzący koniec naszego świata, tak tutaj czytamy o upadku wiary w pewne poczucie wspólnoty. I nie ma złudzeń. Tak musiało się stać. Przyjaciele przestali być przyjaciółmi, bo musieli/muszą udawać część polityczno-medialnego systemu.
Książka ma bardzo osobisty ton. Redaktor Appelbaum osobiście zna niemal wszystkich bohaterów sceny politycznej państw, które opisuje. 4 światy – polski, węgierski, brytyjski i amerykański. I osoba, która je spina dodając bardzo wiele własnych prywatnych przeżyć i ciekawych obserwacji. Premier Wielkiej Brytanii? Znajomy. Polscy dziennikarze, zwolennicy „dobrej zmiany”? Bywali u niej na sylwestrze. Węgierska dyrektora Muzeum antykomunistycznego? Znajomość z lat 90-tych. To naprawdę robi wrażenie, dodaje kolorytu. I pokazuje, że dzieło nie jest czymś napisanym zza biurka, bez znajomości realiów.
Jednak publikacja ma też wady. Autorka w niektórych miejscach zarzuca, że budowany jest idealistyczny mit przeszłości, który wykorzystują współcześni populiści. Zgoda, to brzmi groteskowo, ale ona robi dokładnie to samo, finalnie powołując się na mit założycielski Stanów Zjednoczonych. Że niby tamtym ludziom bardziej zależało. To trochę drażni, jednak bardziej ujęła mnie inna rzecz.
Jednym z recenzentów tej publikacji jest Donald Tusk. Napisał słusznych kilka zdań, z którymi trudno się nie zgodzić. Ale jednocześnie dał do myślenia nad obiorem całej publikacji. Tutaj musimy się na moment zatrzymać i przystopować na naszym polskim podwórku. Otóż wymowa książki jest taka, że przyszedł PiS i demokracja trzeszczy w szwach. Otóż ona zatrzeszczała już dawno temu. Jej „zmierzch” u nas rozpoczął się z tej samej przyczyny, z której upadały wszystkie inne demokracje. Z chciwości. W Polsce o podziale mandatu de facto decydują liderzy partyjni. Jeżeli masz „jedynkę” na liście i odpowiednie poparcie to raczej o mandat jesteś spokojny. Komu zatem będziesz wierny? Społeczeństwu czy też liderowi partii? Inna rzecz – finansowanie. Jakim cudem kilka podmiotów ma kilkadziesiąt milionów dotacji, a reszta ma na to patrzeć i wierzyć w jakąś nadzwyczajną siłę „demokracji”, która zniszczy oligarchię?
Niestety na te pytania pani Anna nie odpowiada. Ale atakuje PiS. A to nie oni ją zniszczyli. Tylko wykorzystują jej żenujące „polskie błędy”.