Kocham przestrzenie. Nie wiem czy to jakiś głębszy pierwotny instynkt dawnego życia na sawannie w Afryce czy potrzeba jasnego klarownego widoku rzeczywistości przed sobą, ale za każdym razem gdy patrzę w rozległą przestrzeń zapiera mi dech w piersiach. Czuję wtedy tą pełnię życia, to tchnienie, które inspiruje napędza, a jednocześnie daje dziwny spokój i harmonię ze wszechświatem. Jakby przez ułamek sekundy wszystko było jednością. Ja, widok i wszystko co się na nim znajduje. Może to przez poczucie swobody, może jest to po prostu zmiana od zatłoczonych codziennych zakamarków w których żyjemy. Zauważyliście, że na co dzień częściej obracamy się wśród ścian, tłumów ludzi, przedmiotów, gratów, przedmiotów, gratów....i jeszcze raz przedmiotów i ścian?
Z drugiej strony po całym dniu życia na "sawannie" wyobrażam sobie, że naszłaby mnie potrzeba na przytulne ciasne miejsce, w którym czułabym się bezpiecznie i znajomo, w którym mogłabym bezpiecznie skierować zewnętrzną świadomość do krainy snów wewnątrz siebie. Chyba właśnie odkryłam swoje pierwotne potrzeby. W dzień przestrzeń i ruch połączony z kombinatoryką, a w nocy bezpieczeństwo wśród wygodnego koca i chłód nocy. Może wszyscy dalej jesteśmy małpami na sawannie udającymi jakieś wyżej postawione istoty ponad cały żywy świat dookoła...
A wy jak macie? Czujecie jakieś emocje związane z patrzeniem w dal, w wielką rozprzestrzeniającą się przestrzeń? Zastanawialiście się nad tym kiedyś?