Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Padłam wczoraj w sekundę. W półśnie jeszcze czułam jak pies szaleje na łóżku, ale odleciałam totalnie i spałam do samego budzika o 5. Wstałam lekko zakręcona, ale banan i kawa postawiły mnie na nogi. Dzień biegania. Czułam wielki stres, ponieważ byłam pewna, że cel treningowy jest poza moim zasięgiem. Plan zakładał 2 min rozgrzewki + 1,61 km biegu ciągłego + 2 min schłodzenia. Jak niby miałabym przebiec 1,61 km skoro do tej pory bez zatrzymania przebiegałam około 600 m? Bardzo w siebie wątpiłam. Odpaliłam sobie podcast na słuchawkach o alkoholu [bardzo polecam, wrzucę na dole wpisu], rozgrzałam się i wyszłam. W ramach rozgrzewki po prostu maszerowałam. Gdy zaczął się bieg cały czas miałam z tyłu głowy, że nie dam rady. I stało się coś dziwnego, ponieważ dałam radę. Rozumiecie to? Przebiegłam 1,61 km bez zatrzymania się! Miałam chwilę zwątpienia, byłam cała spocona, ale do cholery dałam radę. Czułam się tak lekko i tak bardzo niosły mnie endorfiny, że do domu wróciłam okrężną drogą. Pierwszy raz poczułam, że naprawdę robię progres. Powolny, bo moje tempo jest tragiczne, forma jeszcze gorsza, ale gdyby mi ktoś powiedział miesiąc temu, że bez zatrzymania przebiegnę taki dystans to bym go śmiechem zabiła. Wróciłam do domu w ciężkim szoku, ale byłam tak szczęśliwa, że to koniec. Oczywiście po bieganiu chwilę się porozciągałam.
Po bieganiu prysznic i lenistwo. Gdy zmywałam naczynia powiedziałam sama do siebie na głos, że lubię to jak aktualnie żyje. I sama się zdziwiłam tymi słowami, ale to święta prawda. Jestem trzeźwa, mam pracę i jestem w niej dobra, zdobyłam pasję, w której stale progresuje, mam kochającą rodzinę. Czego chcieć od życia więcej? Jasne, moja sytuacja finansowa jest katastrofalna i na tym polu problemy tylko się mnożą, ale chyba ogólnie zaczynam być szczęśliwym człowiekiem. Szok. Zrobiłam obiad na kolejne dwa dni, zjadłam posiłek i niestety trzeba było jechać już do pracy.
W pracy takiej typowej pracy jak na lekarstwo, ale było tyle pobocznych misji, że wiedziałam, że będziemy siedzieć dzisiaj do 22. Rozpoczęłam dzisiaj cykl rozmów z pracownikami odnośnie ich produktywności, warunków pracy i tak dalej. Takie pogadanki w cztery oczy. W sumie w sześć, bo jeszcze towarzyszy nam kierowniczka. Byłam bardzo profesjonalna i to na tyle, że kierowniczka mnie pochwaliła za to jak rozmawiam z pracownikami, a ona do pochwał nie jest zbyt skora. Było mi bardzo miło, ponieważ staram się wykonywać swoje obowiązki najlepiej jak potrafię i to fajne uczucie kiedy ktoś to widzi i docenia. Ogólnie rozmowy były przyjemne z wyjątkiem jednej, ponieważ szykuję się do zwolnienia pracownika i choć gość mnie denerwuje i jest nieproduktywnym pasożytem to jednak takie rozmowy do przyjemnych nie należą. W pewnym momencie myślałam, że się rozpłacze, bo mu broda zadrżała, ale na szczęście obyło się bez łez. To nie są łatwe rozmowy, ale niestety jestem na takim stanowisku, że muszę je przeprowadzać. Biorę to na klatę i tyle. Taka praca. Ogólnie dzień mi zleciał bardzo szybko i choć cały dzień miałam totalną głupawkę to pod koniec czułam już lekkie zmęczenie i z radością powitałam koniec zmiany.
Po powrocie do domu klasyka: spacer z psem i kolacja. I chciałabym napisać jeszcze wiele, ale jestem już zbyt zmęczona na pisanie dzisiaj elaboratów. Zmęczona, ale bardzo zadowolona z tego dnia. Nie wiem czy to bieganie mnie tak uskrzydla, dieta czy coś mi się przestawiło w mózgu? Dzieją się rzeczy, których nie rozumiem, ale bardzo mi się podobają.
Posiłki:
- mocarz
- kefir
- makaron + cukinia + kura
- owsianka z bananem i serkiem wiejskim
Białko: 98g
Tłuszcze: 47g
Węgle: 221g
Do jutra!
Bardzo polecam posłuchać. Nie ma ortodoksyjnego nawracania na abstynencję tylko naukowe podejście do tego co robi z nami alkohol.