Zaczynając coś radykalnie odmiennego, potrzeba symbolu. Sam fakt wyjścia to było dla mnie za mało. Aby zmotywować się do drogi, i nie zapomnieć co mam zrobić, w ramach przygotowań oznaczyłem się fenicką literą Taw, przelewając symbolicznie kilka kropel krwi. Później widziałem zatroskane miny moich przyjaciół, którzy, gdy widzieli znak, zastanawiali się czy to co robię, jest zdrowe. Ja jednak już wiedziałem. Czułem, że to co ma się wydarzyć, się wydarzy. Urealniło się, choć jeszcze przed faktem. Wszedłem na ścieżkę, z której nie ma już zejścia, nie ma znaku zawracania, nie ma stopu. Mogłem tylko iść przed siebie.
Nie spocząłem jednak na tym prostym symbolu. Skoro złożyłem obietnicę jak nazirejczycy(1), postanowiłem więc przyjąć część ich zasad. Uznałem że włosy będą dobrym symbolem. U Łukasza Jezus mówi o policzeniu wszystkich włosów na głowie. Pokusiło mnie to abym sięgnął po fortel, i taktycznym manewrem okalającym (maszynka do golenia okalała moją głowę) pozbawiłem się całej czupryny. Nigdy wcześniej świadomie nie byłem łysy. Cztery miesiące później, gdy docierałem nad ocean, nieobcinana grzywa była świadectwem minionych dni i przebytych kilometrów.
(1) Nazireat – biblijny czasowy lub wieczysty ślub pełnego poświęcenia się Bogu. Osoba składająca śluby nazywana była nazirejczykiem.
Nie było to jednak wystarczająco, czego dowiedziałem się już w trasie. Jeszcze zanim opuściłem granice naszego kraju, trafiłem na nocleg do pewnego małżeństwa fizjoterapeutów, którzy sprawdzili, czy moje ciało jest sprawne. Wszystkie kości moje zostały tam naprostowane, o ile wcześniej nie były. Jest to coś co polecam każdemu przed wyruszeniem – zróbcie sobie przegląd elementów mechanicznych swojego jednoosobowego pojazdu. W praktyce większość dni na początku mojej drogi były pełne swego rodzaju zatroskania. Jakbym był przygotowywany do boju. Jak bokser przed walką, zadbano o wszystko, bym wszedł na szlak.
Tak potraktowany, poczułem, że zostałem przygotowany, że teraz prawdziwie mogę zacząć iść. Droga domagała się przejścia, a Myśl popychała mnie do przodu. Czułem że muszę. Krok za krokiem więc, realizowałem swój obowiązek.
I nawet wtedy, kiedy już zaakceptowałem swój los, i poczułem że mogę zacząć iść, nie było łatwo. Walczyły we mnie fizycznie dwa światy. Jeden, harcerski, rwał się do przodu. Przyzwyczajenie do chodzenia, potrzeba bliskości z naturą, stawianie sobie wyzwań – to mnie popędzało. Jednak fakt, że podjąłem się takiego wyzwania bez przygotowania fizycznego, oraz dotychczasowa głównie siedząca praca i spora ilość czasu spędzanego przed komputerem działały na moją niekorzyść. Która szala przeważy? To nawet nie jest to pytanie, które trzeba sobie zadać. Kto głupi poszedłby na taki deal, podejmując się samotnej wędrówki na koniec świata? Cóż, jak się okazuje po fakcie, niejedna osoba. Jedyne czym się różniłem to datą – każdy ma przecież swoją. Ja wybrałem swoje urodziny, ale wiem że to wyjątkowy komfort obchodzić je późną wiosną wchodzącą w lato. Idealny sygnał do wyruszenia.
Poprzednio
Spis treści:
#26 TGDMSB - Rozdział 1
#30 TGDMSB - Rozdział 2
#39 TGDMSB - Część I Naznaczony - Rozdział 3