Uff, cóż za dzień!
Tydzień!...
... Życie
Przez ostatni rok tak dużo pracowałem, że zapomniałem trochę jak to jest wypoczywać. Zapomniałem także, że na wolnym także można się zmęczyć. Szczególnie gdy ma się takie zaległości. Ostatnio więc nadrabiałem zaległości. A ten krótki wpis ma służyć tylko pewnemu uporządkowaniu w mojej głowie co gdzie i jak (mam nadzieję że się nie rozpiszę, tylko streszczę i pójdę spać, żeby móc jutro napisać więcej).
A więc, w ostatnich tygodniach sporo korzystałem z wolnego by skupić się na szkoleniu siebie, i tak udało mi się zrobić szkolenie zwinnego zarządzania projektami, i zdać egzamin (o dziwo, nie był specjalnie trudny - ale poziom podstawowy może ma to do siebie że nie wymaga :) ). Gdzieś w międzyczasie zrobiłem też certyfikat z grafowych baz danych - chociaż ten jest o wiele mniej rozpoznawalny, to jest to miłe podsumowanie dotychczasowej pracy na tego typu rozwiązaniach.
Zacząłem też uczyć się budowania własnych aplikacji wykorzystujących GPT poprzez interfejsy programistyczne. Sam ChatGPT podał mi co mam robić, i jak to skleić, chociaż trzeba mieć pewnego obycia się w kodzie żeby poszło to sprawnie. Dojście do etapu gdzie narzędzie było możliwe do wykorzystania wymagało zapytań kosztująych ok 15 groszy (3 centy USD) + rozszerzonej licencji na ChatGPT. Jeżeli nie liczyłbym tej licencji (której używam na codzień), a skupił się na kosztach budowy, to mamy w sumie 3-4 dni robocze i prawie zerowe koszty zapytań. Jest to bardzo duża poprawa do poprzednich testów (np. testując Claude, wydałem startowe 5 USD praktycznie od ręki), głównie przez wykorzystanie GPT-4o-mini, który jest kilkanaście razy tańszy niż inne modele o tej skali. Będę bawił się dalej jak wrócę z obozu.
Ale właśnie, ja o kodzie, wspominam o obozie, a jeszcze sporo pomiędzy.
Ostatni tydzień zszedł mi na wycieczkach. Z narzeczoną odwiedziliśmy okolice Hrubieszowa, gdzie jak się okazuje oboje mamy kogoś z rodziny. Przejeżdżałem przez Wojsławice, ale niestety ze względu na brak czasu, nie udało nam się złapać chwili by zwiedzić Stary Majdan i wypić truskawkową prytę. Oby następnym razem!
Wracając, zdarzyła się przygoda, która napędziła mi trochę stresu. Zostawiając swoje auto siostrze (korzysta z niego na codzień, gdyż ja żyjąc w mieście i na walizkach, średnio go potrzebuję), oddałem jej klucze. Nie byłoby problemu, gdyby były to klucze od auta. Oddałem wszystkie. Wracając do Krakowa, uświadomiłem sobie że nie mam jak dostać się na mieszkanie, a rano przecież mamy samolot do Szkocji. Miałem jednak ze sobą pleckach z potrzebnymi rzeczami (wracałem przecież z wycieczki), i miałem paszport (osobna historia: dowód tożsamości stracił ważność, a jeszcze nie odebrałem nowego). Mając więc wszystko co mi potrzebne, przenocowałem się na podłodze i rano wylecieliśmy do Glasgow.
Trzy dni spędzone w Szkocji zaowocowały masą wrażeń i nowych, ciekawych miejsc o których muszę wam opowiedzieć w osobnych postach, w tym:
- gdzie leży święty Mungo (kojarzy mi się cały czas z Mango)
- ogród w którym rabatki "podpisane" są kamiennymi symbolami części ciała
- o kolejnym opactwie (ale o tym jeszcze nie pisałem!) i przytwierdzonym do niego pałacu (na którym wszyscy się skupiają, bo dalej korzysta z niego rodzina królewska)
- o tym że zdarzył się rare event i dropła mi złota mucha
- jak fajnie robić piknik na cmentarzu
Mam też kilka książek, które chciałbym Wam zrecenzować. Pytanie tylko czy szybciej czy później.
Po takim cudownych pięciu dniach (dwa na wschodniej flance NATO, trzy w krainie kiltów) dzień szósty spędziłem na kwestiach organizacyjnych, czyli odzyskaniu klucza. Dzień siódmy wypada dzisiaj, i orbituje wokół obozu wędrownego, na który jadę w niedzielę (to mój pierwszy obóz jako komendant, więc jest trochę stresu, szczególnie że nie miałem okazji przyglądać się wczesniej całej papierologii obozowej - do tej pory zostało mi to oszczędzone). Mam nadzieję że wszystko się uda bezproblemowo - to tylko 11 dni, tylko kilkanaście osób.
Czekają mnie też poprawki artykułu, który został zaakceptowany, ale jakieś zmiany w formatowaniu drobne trzeba zrobić (a współautor jest bez dostępu do laptopa, podobnie jak ja będę miał za kilka dni - więc jest to 48-godzinne wyzwanie by zmieścić edytorstwo w pulę wszystkiego).
Jutro zapowiada się intensywnie, ale nie planuję żadnych wyjść, więc jeżeli uda mi się odkopać z kluczowych rzeczy, to postaram się coś naskrobać (marzy mi się, by napisać więcej i wrzucić w schedule, żeby posty wpadły gdy będę poza technologią - ale to tylko marzenia ściętej głowy).
A, i zostałem bezrobotnym (wyszedłem z poprzedniej pracy, nowej, jakakolwiek będzie, nie zacznę póki nie wrócę z obozu). Takie oto ciekawostki.
Miało być krótko. Nie było. Będąc dzieckiem, sądziłem że mam nudne życie. Poprosiłem wtedy Boga, by sprawił by moje życie było ciekawe. Modlitwa została wysłuchana. Czasem zastanawiam się, czy takim kosztem było warto. Ale tak, dobra historia ma swoja cenę. A taka paleta historyjek, które mogę później wspominać, zawsze ubarwia życie. Mam nadzieję że to napisane na kolanie streszczenie mojego dzikiego tygodnia wniosło kilka barw w Wasze.
Do zobaczenia!