W międzyczasie z powrotem pojawia się kierowca, który przywiózł nas tu na motorze i oznajmia, że nie możemy iść sami na Plażę Fronton, bo w lesie widział ludzi z maczetami, czających się na biednych turystów. Mówi, że pójdzie z nami jako przewodnik gdy dopłacimy mu po 500 peso. Tekst o ludziach czających się z maczetami na turystów rozśmiesza nawet sklepikarza z pamiątkami, jednak kierowca bardzo nalega i przekonuje, że jest nam niezbędny ze względów bezpieczeństwa, więc ostatecznie dla świętego spokoju mówię, że możemy mu dać po 150 peso. Zgadza się. W ten oto sposób zyskaliśmy naszego prywatnego bodyguarda w tropikalnym lesie, w którym podobno roi się od niebezpieczeństw.
Sklepikarz pokazuje nam początek drogi na Playa Fronton. Idziemy dobrze wydeptaną, szeroką na mniej więcej jedną osobę ścieżką. Na początku idziemy głownie wśród palm kokosowych. Na dole leżą sterty pozbieranych, i ułożonych na kupki łupin kokosów. Widać, że muszą tu być prowadzone jakieś działania związane z kokosami, bo one same raczej nie spadają tak idealnie w jedno miejsce, a tu wszystko, co związane z kokosami jest wysprzątane i posegregowane. Później wchodzimy w nieco bardziej dziki las. Mijamy różną roślinność, kaktusy, liany, i wiele ciekawych gatunków, których nie jestem w stanie nazwać. Po naszej lewej stronie cały czas mamy potężne, 100 metrowe ściany skalne.
Po prawej co jakiś czas pojawia się widok na ocean.
W końcu przestrzeń pomiędzy skałami a morzem zwęża się, i wychodzimy na przepięknie położoną Plażę Fronton. Docieram do miejsca, od którego wszystko się zaczęło. Zaczęło się w mojej głowie, a teraz mogę wszystkiego dotknąć, poczuć, spojrzeć na wszystko z dowolnej perspektywy. Niesamowite wrażenie. Plaża jest bajeczna, skały potężne, ocean z czystą, niebieską wodą, a do tego plaża z drobnym karaibskim piaskiem.
Niestety, miejsce nie jest tak bezludne jak się spodziewałem. Sporo turystów dociera tu łodziami z Las Galeras, więc jak na warunki dominikańskie panuje tu spory tłum. Na szczęście w porównaniu z polskimi plażami to i tak kompletne pustki. Jesteśmy chyba jedynymi turystami, którzy dotarli tu pieszo, więc wprawiamy w niemałe zdziwienie lokalsów smażących i oferujących na sprzedaż ryby w małej, krytej strzechą restauracyjce. A odcinek, który pokonaliśmy pieszo jak najbardziej był tego wart. Ten krótki, 45 minutowy spacer pozwolił nam choć trochę poznać jak wygląda tutejszy, tropikalny las od środka.
Sam klif ma bardzo duży potencjał wspinaczkowy, i aż dziw bierze, że jest tak słabo wyeksplorowany. Zresztą nie tylko tutejszy klif, również masywne ściany skalne, które mijaliśmy cały czas po drodze. One wymagałyby oczyszczenia z roślinności, ale klif, który rozpościera się teraz przed nami praktycznie tylko czeka na rozwiązanie ciekawych problemów. W tej chwili, według mojej wiedzy na ścianie poprowadzonych jest ok. 13 dróg, z czego większość jednowyciągowych, kończących się gdzieś w połowie ściany. Tak więc potencjał eksploracyjny jest tutaj ogromny, i ta 100 metrowa skała aż się prosi, aby otworzyć na niej jakieś nowe drogi wspinaczkowe.
Po całym dniu spędzonym na podziwianiu tego miejsca, wylegiwaniu się na plaży, pływaniu w morzu i oddawaniu się rekreacyjnemu boulderingowi na pobliskich skałach wracamy do hotelu. Zatrzymując się pod hotelem nasz kierowca-przewodnik jeszcze raz pyta, że zapłaciliśmy mu tylko 150 peso za przewodnictwo, i czy moglibyśmy dopłacić. Mówię, że na tyle się zgodził, i nie mamy kasy, żeby mu więcej dopłacać. On twierdzi jednak, że droga była długa i musiał z nami daleko jechać na motorze, że musiał trzy razy tankować, i że musiał dopłacić do tej wycieczki z własnej kasy. Przypominam, że umawialiśmy się z gospodarzem na taką właśnie kwotę, na dojazd tam i z powrotem, i że wszystko było z góry ustalone. Wtedy dokładnie dopytuje jaką kwotę zapłaciliśmy w hotelu. Wchodząc do pokoju widzimy, jak podjeżdża do naszego gospodarza i robi mu jakąś awanturę. Po chwili widzimy, jak gospodarz wraz z jakimś innym mężczyzną idą w kierunku naszego tarasu. No tak, teraz będą chcieli nas zmusić do dopłacenia, myślę w pierwszej chwili. Okazuje się, że ten tajemniczy mężczyzna w dredach to jego tłumacz - osoba mówiąca po angielsku. Nasz gospodarz pyta o naszą wersję wydarzeń. Mówi, że cena miała być za dojazd motorem, a nasz kierowca dodatkowo spędził z nami dużo czasu na plaży. Tłumaczę, jak było, że sam zaproponował, że może nas tam zaprowadzić, że zgodził się na kwotę, którą otrzymał itp.
Gospodarz przyjmuje nasze wyjaśnienia, mówi, żebyśmy w takim razie nie zgadzali się na żadną dopłatę. Poklepuje mnie po ramieniu i mówi, że wszystko jest w porządku.
Widzę jak schodzi do naszego kierowcy. Coś się jeszcze kłócą, po czym wyjmuje jakiś plik pieniędzy z kieszeni i jeszcze mu dopłaca.
Podejrzewam, że cała ta historia wynikła z tego, że nas gospodarz przekazał mu tylko niewielką część pieniędzy, którą zapłaciliśmy za tą wycieczkę, resztę zatrzymując dla siebie. Nasz kierowca sprawiał wrażenie zdziwionego, gdy dowiedział się, ile zapłaciliśmy za tą trasę. Być może kwota, którą otrzymał od gospodarza hotelu faktycznie nie starczała mu na pokrycie kosztów, bo było widać, że koniecznie zależy mu na tym, żeby dostać jeszcze dodatkową kasę. Na początku próbował wyciągnąć ją od nas - wtedy i on i gospodarz byliby zadowoleni. Do nas nigdy nie miał jakiś większych pretensji. Próbował naciągnąć na dodatkową kasę, ale potem tylko upewnił się ile zapłaciliśmy i podjechał do hotelarza. W końcu sklepikarz przy Boca del Diablo też twierdził, że cena, którą zapłaciliśmy jest dobrą ceną i powinna wystarczyć, a chyba zna tutejsze realia i ceny bardziej od nas.
C.d.n
*Wszystkie zdjęcia własnego autorstwa