Latem śniadania jem w pracy.
Aktualnie pracuję w ośrodku agroturystycznym i bufet śniadaniowy wydaje się być całkiem sympatyczny.
Ale... nie jest rzeczą prostą jeść to samo codziennie przez 6 miesięcy. Zwłaszcza, że jestem wybredna i w trakcie odchudzania ;)
Jako że gośćmi ośrodka są w dużej mierze wegetarianie, mamy różne biologiczne pestki i ziarna. Mamy także specjalny młynek, gdyby ktoś chciał je rozdrobnić.
Jest oczywiście pieczywo, grecki jogurt, mleko i masło oraz jaja od kurek hodowanych w ośrodku.
Codziennie są dwa rodzaje wędlin: szynka mielona i greckie salami. Jest ser biały i dwa rodzaje sera żółtego.
Pomidory i ogórki ze szklarni w ośrodku, kiszone oliwki i miód, domowe dżemy i bio-nutella.
Są również świeże owoce i babka pieczona na miejscu.
Do picia kawa, sok, woda i herbaty smakowe.
Codziennie jest także coś innego na ciepło: jajecznica, omlet, nadziewane pierożki smażone lub pieczone, ciasteczka nadziewane, itd.
I co ja mam jeść w pracy, skoro staram się odchudzać i ograniczyłam węglowodany do minimum a wszelkie biologiczne warzywa, owoce oraz nabiał mam w domu. Dodajmy do tego uczulenie na mleko i "problemy z cukrem".
Nie zapominajmy, że pracuję przez 6 letnich miesięcy ;) W pracy jem pierwsze i drugie śniadanie a lunch zabieram z domu.
Co robić? Jak żyć?