Projekt ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego przez wiele osób poddawany jest krytyce. I słusznie. Odnoszę jednak wrażenie, że argumenty Mazurków i Stanowskich w ogóle nie dotykają sedna problemu i często są krzywdzące dla artystów, przedstawiając ich jako darmozjadów, którzy chcieliby żyć na ich koszt.
O moich uwagach do projektu ustawy już pisałem, więc nie będę się powtarzał. Projekt należy odrzucić i tyle. Nie zgadzam się jednak z często padającym argumentem, że artyści nie potrafią sprzedawać swojej twórczości, bo jest ona kiepska. Często jest wręcz przeciwnie - ci, którzy tworzą chłam zarabiają całkiem dobrze. Idealnym przykładem jest wywiad Stanowskiego z Jasiem Kapelą. Co z tego, że Kapela stał się po nim memem, skoro właśnie na tym zarabia się najlepiej? Za program zgarnął 700 zł, sprzedaż książek skoczyła, o rozpoznawalności nawet nie wspominam. Oczywiście ktoś może zapytać: "Co to za rozpoznawalność, skoro ludzie uważają go za kretyna?" Cóż, śmiem sądzić, że nie wszyscy. Każdy znajdzie swoją niszę. Część ludzi (zwłaszcza po lewej stronie) zapewne w pełni podziela jego poglądy i staje w jego obronie, a gdy będzie trzeba, to nawet rzuci kilkaset tysięcy złotych jak w przypadku Margota. Tak działa świat. Najlepiej sprzedaje się to, co ma najlepszą (najgłośniejszą) reklamę. Jakość w ogóle nie gra tu roli. Niestety.
Przykład niedowartościowanej piosenki: "Lament po Boromirze" Marcina Gąbki. Gdy go odkryłem rok temu miał zaledwie 4 tysiące wyświetleń. Po trzech latach ma 9111.
Pamiętam, jak dwa lata temu odkryłem Musicoina i byłem pod ogromnym wrażeniem możliwości monetyzacyjnych tego projektu. Wychodziło mi bowiem, że mając tyle samo odsłuchań, co na YouTube dostawałbym za nie 3 razy więcej pieniędzy. Problem w tym, że YT trwa i daje spore zasięgi, a Musicoin upadł. Podobnie ze Spotify. Z jednej strony artyści dostają grosze, ale z drugiej mają do dyspozycji platformę, na której są miliony odbiorców. Coś za coś. Podobnie zresztą z moją muzyką. Wiele razy była ona wykorzystywana tu i ówdzie (często bez mojej wiedzy). Nigdy jednak specjalnie się o to nie spinałem. Z prostej przyczyny: za promocję zwykle trzeba płacić. Choć i tak nic nie przebije przyrostu subskrypcji na kanale YouTube po tym, jak moja muzyka pojawiła się w jednej z gier komputerowych.
Pokusiłbym się zatem o stwierdzenie, że największym problemem artystów jest promocja własnej twórczości. Można być genialnym twórcą, ale pozostawać poza środowiskiem i docierać jedynie do garstki. Do tego dochodzi dyktatura algorytmów, co świetnie pokazała płyta Klocucha. Sęk w tym, że żadną ustawą się tego nie zmieni. To niestety złożona kwestia, która dotyczy w zasadzie każdego użytkownika Internetu, który zamiast mądrych dzieł udostępnia głupie memy...