Nietworzenie
Absolutny paraliż. Moment, w którym kotłujące się myśli i pomysły nie mogą (czy aby?) znaleźć ujścia w czynie – nie prowadzą do tworzenia. Ostatnio trudno mi jest przezwyciężyć ten stan. Postanowiłam przekuć niemoc w coś pożytecznego... i stworzyć ten wpis.
Ale... dlaczego?
Zdarza się, że dzień, który planowało się spędzić nad wyraz produktywnie mija, pozostawiając po sobie jedynie wyrzuty sumienia. Zastanawiając się nad możliwymi przyczynami, czy też czynnikami zwiększającymi prawdopodobieństwo wpadnięcia w marazm, pomyślałam o kilku rzeczach. Po czasie dużego napięcia, wielu obowiązków czy innego rodzaju aktywności chwila wolnego jawi się jako zasłużona. Nawet jeżeli w czasie bezpośrednio ją poprzedzającym miało się mnóstwo planów i intrygujących pomysłów – zamiast do ich realizacji, przystępuje się raczej do bezczynnego marnotrawienia czasu. Podobnie w stanie jakiegoś osłabienia czy choroby. Nawet jeżeli twórcze działanie nie jest zbyt obciążające organizm – mniej energii zużyje się biernie. Prawdopodobnie energia jest w takich chwilach potrzebna raczej do wyzdrowienia, ale z pewnością jest to przyczyna wpadnięcia w marazm (gorzej jeżeli choruje się przewlekle – trudno pogodzić się z myślą trwania w stanie nietworzenia przez kilka miesięcy...).
Inną sprawą jest miejsce tworzenia w hierarchii codziennych zajęć. I kwestia motywacji. Zupełnie inaczej podchodzi się do obowiązków, inaczej do działań twórczych, niewynikających z żadnych zobowiązań – może ewentualnie wewnętrznych, ale i do tych podchodzi się przecież trochę inaczej. Jeżeli tworzenie nie znajdzie się wystarczająco wysoko na drabinie codziennych zajęć, zawsze znajdą się inne obowiązki, które skutecznie odwrócą uwagę. Należy zrobić tu mały przypis. Nie twierdzę, że nie można tworzyć w ramach pracy czy obowiązków – wręcz przeciwnie. Jednak tworzenie, któremu poświęcam ten tekst, ma charakter działania w jakiś sposób niekoniecznego, z którego zatem łatwiej zrezygnować w pewnych okolicznościach. Zupełnie inaczej należałoby opisywać wszystkie procesy związane z tworzeniem umotywowanym zewnętrznymi, obiektywnymi czynnikami (jak np. praca). Temu jednak nie poświęcam dzisiejszego wpisu.
Ostatnią przyczyną, która sprzyja popadnięciu w marazm twórczy jest w moim rozpoznaniu lenistwo. Tworzenie traktuję jako wartość – i jako taka wymaga wysiłku i ciągłej walki z samym sobą i złymi skłonnościami. Oczywiście, że łatwiej jest pozostać na etapie odbioru już stworzonego. To jednak niebezpieczny wir, pełen potencjalnych usprawiedliwień. Odbieram, by się zainspirować. By dowiedzieć się czegoś. By znaleźć lepsze wyjście. By odpocząć. Bo nie mam czasu na nic więcej.
Tworzenie to cnota.
Czy można tak stwierdzić? Wydaje mi się, że po części tak. W tym znaczeniu, że należy się w nim ćwiczyć i doskonalić, jest czymś wartościowanym dodatnio i nie przychodzi naturalnie, choć można mieć do niego większą lub mniejszą skłonność. Traktuję tworzenie jako postawę człowieka wobec rzeczywistości, a nie jako konkretną czynność (choć w czynie najpełniej się ono wyraża).
A co z weną?
Można zauważyć, że nie przeceniam roli tak zwanej „weny”. Faktycznie, sądzę, że do tworzenia potrzebna jest raczej decyzja, silna wola i konsekwencja. Wena może jedynie sprzyjać tworzeniu, ale sama nie wystarczy, nie zastąpi ważniejszych elementów tego procesu. W przypadku marazmu wena może nie przymusić do działania, a czekając na jej przyjście z nadzieją uporania się z trudnym stanem nietworzenia... chyba jedynie tracimy czas.
To by było na tyle. Dziękuję za przeczytanie dzisiejszego wpisu. Oznaczam ten post jako kontynuację serii poświęconej Teorii Twórczości – choć po takim czasie pewnie musiałabym całość przemyśleć na nowo i komponować od początku. Pomyślałam, że lepiej uczynić z tego cykl luźnych przemyśleń, który pozwoli myśli dojrzewać. Później, jeżeli okaże się, że jest to coś wartościowego – pomyślę nad złożeniem tego w logiczną całość.