Wkrótce skończą się wakacje i nastąpi powrót do szkoły. Na szczęście nie dla mnie, szkołę skończyłam kilka lat temu. Owszem, moje wakacje nie trwają przez całe lato, ale jestem niezwykle szczęśliwa, że ten KOSZMARNY okres mojego życia już się zakończył.
Faktem jest to, że szkoła jest koszmarem dla większości dzieciaków. Dla mnie również był. Chciałabym przedstawić kawałek mojej historii, oraz ogólny problem szkolnictwa (nie tylko w Polsce).
W podstawówce dobrze się uczyłam, byłam bardzo pilną uczennicą. Odrabiałam wszystkie zadania domowe i uczyłam się na sprawdziany. Niestety pomimo starań nigdy nie byłam prymuską. Należałam do tych dzieci, którym zawsze niewiele brakowało do paska na świadectwie. Przyznam, że nauczyciele mnie nie lubili, gdy miałam szansę dostać lepszą ocenę to raczej nie robili nic na moją korzyść :) nie wiem co było problemem – byłam bardzo grzecznym dzieckiem, usłyszałam kiedyś zarzut, że jestem „za grzeczna”. Na wywiadówkach nauczyciele mówili moim rodzicom że jestem ZBYT NIEŚMIAŁA. Jaki to miało skutek? Jeszcze bardziej zamykałam się w sobie… Miałam dobre kontakty z rówieśnikami, po prostu byłam cicha, a w tłumie wydawałam się być niewidzialna.
Później przestało mi zależeć. Brakowało mi kilku punktów „geniuszu”, więc gdy pomimo kilkugodzinnej nauki dziennie nie otrzymywałam wymarzonych szóstek to zrezygnowałam ze starań. Rodzice pomimo próśb nie zapisali mnie na żadne dodatkowe hobbistyczne zajęcia (w których chciałam rozwijać zainteresowania i walczyć z nieśmiałością), tak więc szkoła wydawała mi się nudna i niepotrzebna. Dodatkowo nauczyciele byli wyjątkowo irytujący i często krytykowali mnie przy całej klasie. Trafiłam na wyjątkowo kiepskich przedstawicieli edukacji narodowej. Mój WF-ista (z którym miałam lekcje przez 6 lat) zniechęcił mnie to sportu na kolejne 10 lat życia (poważnie), nauczyciele od fizyki nie potrafili mi niczego wytłumaczyć (ścisłe przedmioty to mój słaby punkt), a poloniści przyprawiali mnie o zawał serca (nigdy nie zapomnę jak dostałam dwójkę z odpowiedzi po wyrecytowaniu interpretacji lektury z poprzedniej lekcji, na co nauczycielka stwierdziła, że „nie rozumiem książki, jedynie powtórzyłam jej słowa z poprzedniego dnia” OMG). Jedynie nie mogę narzekać na matematyków – zdecydowanie określiłabym siebie jako humanistkę, jednak liczyć potrafię doskonale, dzięki osobom, które świetnie wytłumaczyły mi temat.
W końcu zaczęły się wagary i całkowity brak nauki. Przestałam nawet nosić do szkoły podręczniki i zeszyty (w podstawówce śmiano się ze mnie, że mam ogromny plecak i zawsze noszę wszystkie książki potrzebne na dany dzień). Gdy potrzebowałam zainteresowania (uwagi, wsparcia) i pomocy (naukowej) od pedagogów to byłam niewidzialna, gdy zdecydowałam się iść własną drogą („rebel”) nagle wszyscy się obudzili! Zaczęło się obniżanie ocen z zachowania, wzywanie rodziców do szkoły (choć nie przychodzili) i zalecanie wizyt u pedagoga. Niestety było już za późno i ich działanie było bezskuteczne. Za to skutecznie zniechęcili mnie do spełniania marzeń (droga nauki filmografii – wszyscy powtarzali, że powinnam wymyślić coś „bardziej realnego”).
Dalej stałam się bardziej dojrzała i po uporaniu się z problemami, które nabawiłam się w pierwszych etapach edukacji, wszystko zaczęło się układać. Ostatecznie wszelką naukę zakończyłam z satysfakcjonującym wynikiem. Jednak uważam, że szkoła wyrządziła mi ogromną krzywdę, czego można było uniknąć.
Miałam ogromne szczęście, że nie byłam gnębiona przez uczniów. To bardzo poważny problem w szkołach!
Każdy z nas to przeżył – nudne lekcje, trudne testy (często spoza materiałów omawianych na lekcjach), irytujący nauczyciele i wredni uczniowie. Istny koszmar. Dlaczego skazujemy na to własne dzieci? Przyznam, że jestem zwolenniczką nauczania domowego. Jestem także przeciwna zakładaniu rodziny przez osoby, które na to nie stać. Braki w rodzicielskim wychowaniu mają katastrofalne skutki na dorosłe życie człowieka.
Pomimo, że całe życie miałam przeciętne oceny w WF-u i nienawidziłam tego przedmiotu - aktualnie sport to moja pasja, nie wyobrażam sobie tygodnia bez dalekich wycieczek rowerowych, jogi i treningów na siłowni!
Pomimo, że w późnym okresie szkolnictwa miałam kiepskie oceny z języka polskiego – zdobyłam wysokie miejsca w ogólnopolskich konkursach scenariopisarskich.
Pomimo, że zawsze byłam i jestem zielona z fizyki – kocham teorie spiskowe na temat naszego świata!
Pomiędzy 12 a 18 rokiem życia ludzie mają największe zdolności do pochłaniania wiedzy. Realnie w ciągu tygodnia jesteśmy w stanie nauczyć się całego obcego języka (!), nauka przychodzi nam z dużą łatwością, mózg pracuje najszybciej. Wystarczy czymś zaciekawić dzieciaka, a łatwo może stać się geniuszem. Jednak czym zajmują się dzieci w tym okresie? Oglądaniem seriali, spotykaniem się z rówieśnikami, kłótniami z rodzicami lub czymś jeszcze gorszym…
Nienawidziłam wcześnie rano wstawać do szkoły (jestem strasznym śpiochem), jednak często było to spowodowane OGROMNĄ dawką stresu. Po prostu bałam się tam wracać, aby po raz kolejny walczyć o dobre oceny i użerać się z wrednymi nauczycielami. Przyznam, że do dzisiaj miewam koszmary, że jednak muszę wrócić do szkoły. Wywoływało to we mnie prawdziwe lęki (co jest niewłaściwe!). Rozumiem, że moje szkolne przygody mogły być w pewnym stopniu moją winą (wszystko zależy od podejścia do problemów), a także rodziców (wiele zależy od wychowania i możliwości finansowych), jednak nauczyciele są po to, aby UCZYĆ, więc jeśli tego nie potrafią i wywołują w uczniach strach, to nie jest to godne pochwały. Nie chcę wyjść na leniwą, głupiutką dziewczynkę, której po prostu nie chciało się chodzić do szkoły (ach, to pokolenie lat 90!), tylko zwracam uwagę na poważny problem. Sądzę, że szkoła powinna być okresem edukacji i rozwoju, a nie STRACHU, NUDY i KRYTYKI.
Nigdy nie dołączam memów do moich postów, ale w tym wypadku nie mogę się powstrzymać. Po prostu kocham ten obrazek, jest taki prawdziwy <3
Jak wspominacie waszą szkołę? Może jeszcze się uczycie? Zapraszam do dyskusji.