— Jayden! Jayden! Hej, Jayden! — Chłopak usłyszał nagle czyjeś wołanie. Po chwili zobaczył zaledwie dziesięcioletniego chłopca biegnącego w jego stronę. Przewrócił oczami.
— Sarim… — powiedział bez cienia entuzjazmu.
Chłopiec podbiegł do niego z szerokim uśmiechem.
— Cześć, Jayden!
— Cześć — odpowiedział Jayden tym samym tonem, co wcześniej.
— Co robisz? Byłeś przy Wodopoju? — Zaczął dopytywać się Sarim.
Jayden pokiwał głową, ale nic nie powiedział. Tymczasem Sarim wdrapał się na wózek, który ciągnął starszy chłopak i mówił dalej:
— Wiesz, mama mi mówiła, że Sarwary opowiadały na targu, że w nocy widziały jakieś dziwne stwory latające po niebie.
Jayden parsknął.
— I twoja matka w to wierzy? — zapytał i, nie czekając na odpowiedź chłopca, dodał: — Wszyscy wiedzą, że Sarwary są niespełna rozumu…
W każdym mieście Pustyni działała grupka kobiet, które uważały się za wyrocznie i osoby, które znają „prawdziwą prawdę”. Powszechnie uznawane były za osoby szalone, chore psychicznie.
— Sama nie wie, komu ma wierzyć… A ty? — zapytał entuzjastycznie Sarim.
Jayden pokręcił głową.
— Coś ty. Przecież mówię, że to wariatki — powiedział.
Tak naprawdę Jayden nie był całkiem pewien, w co ma wierzyć. Z jednej strony Oświeceni prawili o Niebiosach, z drugiej najstarsi mieszkańcy Librey wspominali czasy, kiedy podobno traktowano magię jako coś dobrego i pożytecznego, opowiadali o przeróżnych magicznych istotach… Sarwary również kleciły niestworzone historie, a co najważniejsze, nawet jego młodsze siostry wspominały ostatnio o dziwnych rzeczach. Chłopak nie wywodził się z rodziny bardzo wierzącej. Jego rodzice i rodzeństwo wyrażało się na ten temat całkowicie obojętnie. Jayden również nie przywiązywał do tego wszystkiego specjalnej wagi, ale przez to, co codziennie słyszał na targu lub przy Wodopoju, albo od innych kupców przybywających z karawanami, czuł się lekko rozdarty. Nie był pewien, co ma właściwie myśleć o Oświeconych i o magii.
— Ja to nawet jestem ciekawy, jakby to było, jakbyśmy umieli się posługiwać magią, gdyby istniała i nie była zakazana… — Rozmarzył się Sarim.
Jayden zerknął na niego.
— Lepiej się zamknij, albo przynajmniej nie mów takich rzeczy głośno, jak nie chcesz dostać w głowę… — powiedział.
Oświeceni w Pustyni byli wyjątkowo rygorystyczni. O ile w pozostałych krainach kapłani czasem przymykali oko na dzieci, tak w Pustyni karali nawet te najmłodsze tylko dlatego, że dzieci, jak to dzieci, bawiły się, wykorzystując wybujałą wyobraźnię.
— Ja się nie boję Oświeconych! — zawołał Sarim. — Mój tata ma wysokie stanowisko w pałacu! Nie mogą nic mi zrobić!
Jayden pokręcił głową.
— Oj, zdziwiłbyś się... Oni nie podlegają takiej władzy! Naprawdę myślisz, że twój ojciec mógłby ich przed czymś powstrzymać?! — zawołał. Wspomniał przyjaciela z Fortess, którego ojciec również stracił wysokie stanowisko królewskiego urzędnika tylko dlatego, że raz sprzeciwił się Oświeconym… Po krótkiej chwili milczenia Jayden dodał:
— Może ewentualnie szarach, ale nawet w to wątpię.
Obecnie w Pustyni szarach piastował najwyższą władzę, jak król w innych krainach, jednak już nawet zwykły mieszkaniec, taki jak choćby Jayden, był w stanie zauważyć, jak Oświeceni na każdym kroku próbują podkopać autorytet władcy. Szarach Alaus był jednak twardym człowiekiem, któremu niełatwo było zagrozić. Cierpliwie i konsekwentnie próbował zwalczyć szerzących się w całej krainie Oświeconych. Jako wyznawcy religii nie stanowili kłopotu, jednak kiedy otwarcie zaczęli przeciwstawiać się władcy, zaczynali nim być.
Nagle Sarim zeskoczył z wózka Jaydena, obwieszczając:
— Muszę już iść. Powiedziałem mamie, że wychodzę tylko na chwilę!
Jayden pokiwał głową, ale nic nie powiedział, tylko ciągnął wózek dalej. Był już niedaleko domu. Wytężył siły, by jak najszybciej znaleźć się u celu i kiedy wreszcie dotarł do przybudówki, w której przez klapę w podłodze schody prowadziły do piwnicy, w której trzymano pełne beczki, by woda się nie ogrzała, z rozmachem puścił dyszel wozu. Ojciec Jaydena zerknął na swojego syna i uśmiechnął się pod nosem.
— No, powinieneś już śmigać z tymi beczkami na dół! — zawołał z lekkim uśmiechem, wskazując na przybudówkę.
Jayden popatrzył na ojca i przewrócił oczami.
— Lecę jak na skrzydłach — powiedział przekornie.
Starszy mężczyzna, widząc i słysząc jego reakcję, uśmiechnął się jeszcze szerzej i zawołał:
— No, ja w twoim wieku, nosiłem dwie takie beczki na raz!
— No jasne, właśnie sobie to wyobraziłem. Ale chyba się trochę pomyliłeś, chciałeś powiedzieć raczej, że nosiłeś jedną taką beczkę i twój ogromny brzuch. Jest prawie taki wielki, jak jedna z nich. — To mówiąc, Jayden wskazał na beczkę stojącą obok innych na wozie. Ojciec chłopaka popatrzył na nią, a potem na swój brzuch i uśmiechnął się do syna.
— Może masz rację. — Wzruszył ramionami i dodał: — No, ale teraz już znieś je na dół. Woda pewnie już się nagrzała.
Jayden pokiwał głową i zabrał się za znoszenie beczek do piwnicy, gdzie było zimno i woda mogła się chłodzić.