Rysunek autorstwa Klaudii Uberman, przedstawia wszechstronnie utalentowaną Kordelinę.
Dziś odcinek będzie dłuższy, za to pokombinowany.
Astralmir to dość znany projekt. Kilka historyjek - nie tylko prezentowaną - udało mi się napisać.
Przed odcinkiem pozwolę jeszcze sobie polecić książkę.
Skoro jesteśmy w słowiańskim świecie, nie pozostaje mi nic innego jak polecić pierwszą część serii Bohatyr, autorstwa słowackiego pisarza Juraja Červenáka. Pozostałych jeszcze nie przeczytałem, chociaż jeśli są tak dobre jak część pierwsza, również można je polecić.
Żelazny Kostur łączy motywy dawnych ruskich baśni z wiedzą historyczną - jedno z drugim składa się na całkiem strawną historię. Głównym bohaterem jest Ilja Muromiec, pojawiają się też inne persony znane ze staroruskich baśni oraz legend. W dorzeczu Wołgi ścierają się ze sobą wareskie drużyny, stepowi koczownicy, ludy stanowiące zalążki Słowiańszczyzny. A na tym tle wiele istot groźnych, niebezpiecznych i nadprzyrodzonych. Autor udowadnia, że można zrobić zajmującą historię z drobnych okruchów, jakie zostały po wierze dawnych Słowian - i nie tylko Słowian. Każdemu kto chce się zapoznać z fantastyką w naszej części Świata/Kontynentu, bądź "słowiańską" epopeją, książkę pana Juraja mogę bez skrupułów polecić.
A teraz zapraszam z powrotem w Kosmos - ASTRALMIR 2013 cz 5:
SPIS TREŚCI
Sprawa nie wyglądała najlepiej. Zmory napierały, oddział jak mógł, stawiał opór i rzucał je w dal.
-Przybywam z pomocą! Jak przebiega obrona? - Tamina przedostała się do przewodniczącego uzdrowiskowej starszyzny.
-Od dawna mamy pat, ale jak tak dalej pójdzie, ręce nam odpadną! Odkurzacze nie dają rady!
-Nie martw się, czcigodny starcze, myśmy w sprzątaniu zaprawieni!
Kosmosłowianie dobyli uzbrojenia. Składało się ono ze spryskiwaczy, rozsiewających środek do wycierania kurzu, oraz zatrzymujących kurz ścierek-talizmanów. Wózek Taminy służył jako posuwająca się naprzód zasłona. Obrońcy ustąpili Kosmosłowianom - ci wdarli się na salę przeznaczoną dla szkoleń, dosyć dużą i położoną nisko, gdzie dziadów biegało zatrzęsienie. Chociaż wózek i mocne karki umożliwiły zabranie znacznych zasobów broni, kurzowa ośmiornica, która zastała ich w sali szkoleniowej pochłonęła wszystkie naboje, nim zmieniła się w bezwolny tuman. Za ośmiornicą ziała potężna wyrwa, która prowadziła do podziemi, o których nikt wcześniej nie miał pojęcia. Tam miał miejsce kurz, tam też miały miejsce odpowiednie warunki do tego, by kurz ogarnęła żądza niszczenia.
Tajemnice, które kryła ta planeta, okazały się niezbyt bezpieczne. Bez względu na zagrożenia, śmiałkowie musieli je teraz odkryć. Nieustraszeni Kosmosłowianie ruszyli w głąb podziemnych korytarzy, w towarzystwie dostatecznie nieustraszonej Taminy. Kurz, który pozostał nieożywiony, nadal dawał się we znaki. Kichnięcia, jakie nastąpiły w kontakcie z owym kurzem odsłoniły skrytą przed wiekami tajemnicę ukrytych przejść.
A cóż mogłoby być tą tajemnicą, jak nie rączo galopująca niegdyś technologia? Pod brudami znajdował się pokryty rdzawym nalotem, ale jednak w znacznym stopniu zachowany, układ różnych wzorów. Jako, że broń odkurzająca wyczerpała się, a łączność zupełnie padła, obecni skazani byli na kichanie jako jedyny sposób na poznanie cech otoczenia.
Jedną z cech okazało się, że nie są tam sami.
Co nie było takie oczywiste, jak się mogło wydawać. Kurzowe dziady bardzo często ożywiają się w wyniku elektromagnetycznych pląsań zaniedbanego na wiele sposobów sprzętu. Gdy jednak w ciemnej otchłani podziemi z gorliwością właściwą silnym uczuciowym zrywom bądź uderzeniom rozjaśniały należące do kogoś innego latarnie, badacze mogli zdać sobie sprawę, że zaszli za daleko. Teraz wszystko mogło się zdarzyć. Jednakowoż, o ile można było się spodziewać kolejnych pytań – spotkanie, jakie nastąpiło, przyniosło im sporo odpowiedzi.
W pełnej krasie stali oto wojowie z Królewskiej Drużyny Krajawińskiej, a na ich czele dowódca Straży Książęcej, Skarbimir, trochę podobny do Astralmira w swojej ciężkiej zbroi i z działem w prawej ręce. Ale nawet mimo spotkania znajomych twarzy z ojczystej planety, Kosmosłowianie wraz z towarzyszką zachowali najwyższą ostrożność.
-Toż to szósta Kosmosława! Witam was serdecznie – huknął Skarbimir - drużynnicy, nie mamy się kogo obawiać, to przyjaciele!
Astralmir zasalutował.
-Dobrze, ale wpierw powiedz nam, czyś Skarbimirem, czy Skarcimirem, królewskim porucznikiem ciężkich poruczeń.
-Nie jestem Skarcimirem, którego wszyscy biorą za mojego brata. A dowodem niechaj będzie to, iż nie rzuciłem siebie i podległych mi sił na wasze sponiewieranie.
Znając jednak sposób działania sił nadprzyrodzonych, Kosmosłowianie wciąż mieli się na baczności. Jak skuteczniej wróg mógłby działać, jeśli nie przebrany za sprzymierzeńca?
-Nie tak prędko. Z całym szacunkiem, ale czy panowie nie jesteście tak naprawdę kosmitami którzy przybrali znajomą dla nas postać?
-Słuszna uwaga, acz po pierwsze: nie miałem przyjemności nikomu z was ojcować, a po drugie: skoro już znaleźliście się w podziemnych korytarzach, to chyba mogę wam wyjawić, iż służą one przede wszystkim jako środek transportu przebywających w przebraniu monarchów, jak i przemieszczania ich sił oraz środków.
-Jeśli można wiedzieć, co jest waszym zadaniem?
-Jedno z wyjść prowadzi do pilnie strzeżonego Carskiego Ustronia, gdzie przebywają władcy zażywający odpoczynku. Jest niepisana umowa między władcami, iż każdy wysyła swoje oddziały do Carskiego Ustronia celem pilnowania ich bezpieczeństwa. Zmiana warty następuje zgodnie z ustalonym porządkiem. Obecnie przychodzi kolej na nas. A teraz wy powiedzcie, co was tu sprowadza?
I oto opowiedzieli, jak to przywiódł ich tu drobny wypadek, jak również o potrzebie rozmowy z Księżniczką Parkietty.
-W takim razie muszę was ująć na mocy nadanych mi uprawnień.
-Zaraz, co proszę? Przecież nic nie zrobili-
-Uspokójcie się. Wiem o co wam chodzi. W taki sposób pójdzie znajdzie szybciej.
Dziarskim krokiem więc cała szóstka poszła ujęta przez ramię tam, gdzie zaprowadził ich najprawdziwszy w świecie Dowódca Straży Książęcej przy Królewskiej Drużynie Krajawińskiej.
A gdy wyszli na powierzchnię, owo miejsce, gdzie wczasowali najmożniejsi z możnych, początkowo uderzyło surowością i pewną skromnością. Rzecz jasna, nie była to w żadnym razie jakaś zapadła, przesadzona w swojej skromności wieś, a raczej miasto spokojnych, z pozoru niewyróżniających się gospodarstw. Cóż innego chcieliby jednak samodzierżawcy i mężowie stanów, jak spokoju, wyciszenia, odpoczynku od nieustającego zgiełku, przepychu nadmiaru wszelkich bogactw? Rzecz jasna, jeśli komuś brakowało naprawdę mocnych rozrywek, mógł je naraz odnaleźć wśród marmurowych brył oraz w podziemiach, gdzie przechowywano najlepsze z trunków. Zewnętrzna skromność całego miejsca zupełnie nie odpowiadała bogactwu środków, jakie przeznaczano na jego ochronę. Astralmir, Załoga i Tamina, jeśliby weszli pozbawieni stosownych upoważnień, to ani ich bohaterstwo, ani właściwa im z reguły dobra wola nie ocaliłyby przed gradem nieubłaganych laserów, płonącym gniewem chłodnego rachowania obronnych mechanizmów.
A jedyne upoważnienia, które mogły w owej chwili przynależeć maluczkim, mimo swych wybitnych osiągnięć, poszukiwaczom prawdy, były te wynikające z niezasłużonych win.
Niedługo po wkroczeniu do Carskiego Ustronia, bramka, która wyczuła elektroniczny prąd przestępczości, wzbogaciła eskortę krajawińską o kordon robotów, które – warto zaznaczyć- każdy władca, który zatęsknił za królewską świtą mógł za drobną opłatą wynająć w stosownym automacie na określonym odcinku. Takim właśnie orszakiem otoczona była mijająca „aresztantów” Księżniczk Parkietta. Stosownie powiadomiony w związku z tym Skarbimir zatrzymał pochód.
-Przepraszamy, czy moglibyśmy prosić jej wysokość księżniczkę na słowo?
Szczupły, wysuszony opiekun księżniczki, trzymający sakwę z monetami w dłoniach ostrymi i długimi pazurami zakończonych, skrzeknął, iż księżniczka znajduje się pod stałą ochroną i nikogo nie należy do niej dopuszczać. Księżniczka stała w swej bogatej szacie, z twarzą zasłoniętą całunem, znad którego błyszczały rubinowe oczy. Milcząca i tajemnicza, w jakiś sposób powiązana z ostatnimi wydarzeniami. Mogła coś wiedzieć, trzeba było się do niej dostać.
Najpierw jednak należało skorzystać z Machiny do Rozporządzeń. Ile by włodarze nie starali się odpoczywać, obowiązki ni razu nie raczyłyby poczekać. Dlatego zdalne wydawanie decyzji w niecierpiących zwłoki sprawach stało się koniecznością. A poprzez przestawienie plusa z minusem w całym mechanizmie, uzyskiwało się odwrotny skutek – możliwa była łączność z pożądanym monarchą. Kto jak kto, ale do władz Krajawiny Skarbimir posiadał w pełni uprawnione dojście.
Odpowiednie wykorzystanie machiny poskutkowało połączeniem z samym królewskim obliczem.
Król Gwieździmir uradował się, widząc starego druha. Tym bardziej uradował się słysząc o możliwości spotkania z dzielnymi członkami wyprawy Szóstej Kosmosławy, o której tak wiele dobrego słyszał. Dobry humor i przyjazne nastawienie sprawiły, że władca zdecydował poręczyć za „ujętych w świetle prawa” i udzielić im ułaskawienia.
Ale król, to król. Bezwzględny polityk, który nic za darmo nie bierze. Tak też Astralmir i jego Załoga ponieść mieli koszta. A koszta owe ponieśli pod postacią opowieści o własnych czynach oraz odpowiedzi na pytania, które chciał zadać. A ponieważ władcą był już sędziwym, zaś coraz większa ilość spraw państwowych spoczywała na barkach zaufanych doradców i dziedzica korony, czasu na słuchanie bajań nie brakowało. Do wszelkich gawęd i bajdurzeń pierwszy był jak zwykle Wujek Zdzisław, jednak stary władca był, jak na starego władcę przystało, przenikliwy, umiał poznać się na człowieku całkiem szybko, toteż Zdzisław prędko odzyskał swobodę. Czy wynikało to z blagierstwa, czy z jego przyrodzonych zalet świadczących o czystości jego zamiarów, tego już nigdy nie będzie wiadomo. Za to pozostałym członkom Wyprawy nie było dane tak prędko powrócić do wykonywania obowiązków – w każdych innych okolicznościach bowiem, widzenie z władcą Krajawiny stanowiło prawdziwy zaszczyt.
Tymczasem, Wujek Zdzisław mógł się przejść po ulicach, po których królowie zwykli chodzić piechotą .Ale nie czuł się jak król, ani nawet jak dalece niższego rzędu szlachetnie urodzony. Wszystko było aż nazbyt skromne, dlatego wyobraźnia dołączyła do Zdzisława cały iskrzący się od burzy drapieżnych kolorów strój, oślepiający błysk wież klejnotów ozdabiających szyję i palce, szykowny kapelusz z piórkiem wykonanym ze szlachetnego kruszcu (albo pochodzącym od jakiegoś nieczęsto spotykanego gatunku ptactwa, ale Zdzisław nie był skłonny zastanawiać się nad poszczególnymi ptakami, dlatego powiedzmy, że pióro było złote). Berło przez ten cały czas dzielnie zastępowała luneta. Luneta owa przysłużyła się zasadniczo do zaskakujących wyników śledztwa. Traf chciał, że Księżniczka Parkietta i jej orszak pojawili się ponownie. Tej okazji tłusty Kosmosłowianin nie mógł się oprzeć. Orszak wszedł do lasu, Zdzisław obserwował go zza drzew. W pewnym momencie księżniczka odłączyła się, mimo dotyczących straży zarządzeń. Wzrok Zdzisław za lunetą nie odłączał się, zupełnie lekceważąc potrzebę Księżniczki, aby przebywać ona mogła w samotności.
Za owo zlekceważenie spotkała go kara pod postacią doświadczenia strasznego, którego za nic nie był w stanie zrozumieć. Szybciej, aniżeli zdać sobie mógł z tego sprawę, znalazł się, dyszący i blady, z powrotem przy pogawędce Kosmosłowian z Jego Królewską Mością.
Oczywiście, wpadłszy z rozpędem, wyzwolił energię która zmusiła pozostałych do wstania.
Zdzisław na przemian dyszał i w swym przerażeniu bełkotał. Aby go zrozumieć, Pogodan poprosił Taminę o ramię pospółczułnikowca, stworzenia obdarzonego iście kosmiczną zdolnością wczucia się w doznania drugiej osoby.
Ale doznania owe były tak silne i spotęgowane, że nawet Pogodan, wejrzawszy w świadomość Zdzisława, stanął unieruchomiony przez strach i zaskoczenie. Wtedy działanie podjął, chociaż niechętnie, Binarysław. Wziął lunetę Zdzisława i ją rozkręcił. Wujek otrząsnął się, gdyż w podobnym stopniu niemile zaskoczyło go to, że był szpiegowany przez współtowarzysza, który w lunecie umieścił niewielkie urządzenie nagrywające obraz.
-Szpiegowałeś mnie!
-Iwar, a ty nikogo nie szpiegowałeś?
-Dobra, skoro jesteś już przytomny, to powiedz, co żeś widział?
-Księżniczkę... ale to nie była żadna księżniczka, tylko jakiś SZKIELETOR!
CIĄG DALSZY NASTĄPI
Ale z okazji że prezentuję Astralmira, drobne suplementy.
Suplement nr 1 - stworzona w Simsach Czwartych galeria bohaterów w wakacyjnej odsłonie
Kordelina
Pogodan (tu ma obie ręce zdrowe i sprawne)
Binarysław
Wujek Zdzisław
Astralmir
Suplement nr 2 - Nazwa. Dzień w którym opowiadam o Astralmirze, wymaga, by ujawnić część tajemnicy jego powstania. A tym razem jest to tajemnica całkiem prosta.
Astralmir powstał w momencie, gdy słuchałem tego oto utworu -
Blue Oyster Cult - Astronomy
Słowo "Astronomy" brzmiało mi jak Astralmir, a głowa podpowiedziała mi obraz starosłowiańskiego witezia, szarżującego na koniu ku bitwie.
Potem Astralmir miał jeszcze wiele wcieleń, zanim stał się Kosmicznym Słowianinem. Zagościł też w którejś z wersji Eteronautyki, jako dostawca sprzętów z kosmosu, zanim wybił się na pełną niezależność.
Niezależnie od dalszych losów projektu, zawsze będę go wspominał jako przygodę pełną energii i czystej radości. Jeśli komuś chociaż część z tego da radę przekazać, będę w pełni zadowolony.