Nosorożec X 2007 - praca graficzna sporządzona przez wyemigrowawszego ze stolicy artystę Kajetana "Kajwoja" W.
Poza fantastycznymi epopejami rozmaitymi, zdarzają mi się twórcze eksperymenty.
Sądzę że dzisiaj, choć dzień prawie jak każdy inny, poświęcę dzień na nagięcie konwencji.
Po pierwsze - a propos poleceń. Dziś pochylę się nad książkami których nie polecam.
Niektóre z tych nie-poleceń są subiektywne, inne może bardziej obiektywne. Można się nie zgadzać.
Anna Kańtoch - Czarne
Staram się zgłębiać kanony polskiej fantastyki i autorów poczytnych. W ręce wpadła mi książka którą przeczytałem z własnej i nieprzymuszonej woli. Na plus tej książce dać można wartką narrację, która wchodzi szybko. Czyta się niemal natychmiast i jest to bardzo dobry warsztat. Na minus - fabuła która chce być kompromisem między literaturą piękną a gatunkową i stanowi misternie skonstruowaną przynętę dla środowiska literatury przez wielkie LY. Rezultat był taki, że wytężałem wzrok i nie byłem w stanie stwierdzić, czemu ta książka otrzymała nagrodę imienia Jerzego Żuławskiego. Co prawda, jak ostatnio sprawdzałem, stwierdziłem że nie należę do kapituły tejże nagrody, ale to nie taka znów pierwszorzędna sprawa, by się nią przejmować. Aczkolwiek to co przeczytałem bardziej pasuje mi do wizji Andrzeja Żuławskiego, gdyby książce przyznano nagrodę jego imienia, to wybór uznałbym za trafiony (choć być może jak na wizje tego twórcy, trochę jednak zbyt zachowawczy). Ostentacyjnie "kobieca", histeryczna literatura z zakończeniem przypominającym mi durne memy. Mnie nie zachwyciło, ale nie odradzam zapoznania się by każdy mógł wyrobić swoją opinię.
Jacek Komuda - Westerplatte
Jacek Komuda bywa krytykowany za gęstość faktów historycznych i płytkie postacie.
Większość książek autora, które czytałem, wywarła na mnie pozytywne wrażenie, a wspomnianych mankamentów nie zarejestrowałem.
Powiem więcej - dzięki Ostatniemu honorowemu przeprosiłem się z samą czynnością czytania! Również w literaturze historycznej ma ten pisarz całkiem zacne osiągnięcia - Hubal to też całkiem porządne dzieło, mnie osobiście niemal całkowicie nasyciło.
Zachęcony więc powyższymi dziełami, sięgnąłem i po Westerplatte.
I tutaj też jest to książka niepozbawiona plusów. Faktografia i wydarzenia przedstawione są wiarygodnie. Sama akcja - cóż, odniosłem wrażenie że jest to reprezentacja chaosu cechującego lata wojny. Wydarzenia gęste, postacie pojawiające się i znikające, różne intrygi między stronami walczących i wewnątrz nich. Myślałem długo nad tym, czemu Hubal mi się spodobał a Westerplatte nie i stwierdziłem że Hubalczycy, jako żołnierze wędrujący, są bohaterami dynamicznymi- natomiast obrońcy Westerplatte z konieczności są zamknięci w statycznej, klaustrofobicznej przestrzeni. Zaryzykuję więc stwierdzenie, że czasem literatura potrafi za dobrze oddać rzeczywistość - w rezultacie powstała lektura która okazała się dla mnie ciężkostrawna. Moja osobista hipoteza jest taka, że książka była pisana równolegle z innymi pozycjami, autor nie mógł poświęcić jej więcej uwagi. Nie jestem też znawcą tematu, ale powtarzam, historia z pewnymi wyjątkami dotyczącymi konkretnych postaci, przedstawiona jest wiarygodnie.
Stwierdziłbym też że na odradzenie zasługuje także antologia pod tytułem "Dawka miłości", prezentująca tłumaczenia różnych erotycznych opowieści science fiction.
Zapyta mnie ktoś: "A czegożeś się spodziewał?", a ja odpowiem - nie aż takiego szrotu, który mnie odrzuci po pierwszym opowiadaniu! Z tej oto przyczyny, wzmocnionej przez kuriozalny wstęp, pisany chyba z pełną świadomością wartości wspomnianej pozycji, nie mogę jej odradzić gdyż nie miałem ochoty rozpocząć lektury. Drugie opowiadanie też mnie odrzuciło po kilku zdaniach.
Ale przyczyna może być zaskakująca. Pisarzem pruderyjnym nie jestem. W jednych projektach staram się opisywać relacje romantyczne z większą subtelnością - w innych jest inaczej. Ten temat rozwinę jutro.
A teraz, gdy odradziłem kilka pozycji, przedstawię kilka swoich "osiągnięć". Raczej nie będę pastwił się tutaj nad sobą nastoletnim. Dzisiejszy piątek, pełen głupiątek, na mojej osobistej internetowo-blockchainowej niwie będzie okolicznościową kunstkamerą.
GUSTAW JAKO POETA
Tak, zdarzało mi się pisać wiersze. Pisanie wierszy jest zaraźliwe a ja znalazłem się kiedyś w ciężkim położeniu, w dusznej sali, otoczony przez poetów. I na mnie to przeskoczyło.
Poniżej rezultat. Zostaliście uprzedzeni i ostrzeżeni.
"CZŁOWIEK GLON"
Warto mieć w życiu pasję
Jeśli jej się nie ma
Warto poszukiwać
ja na przykład
włamuję się do domów (ewentualnie przedszkoli)
jeżeli jest akwarium
otwieram dłoń i rozbijam
jeżeli jest glonojad
wkładam do ust
ale one nie współpracują
żaden nie chce ssać
każdy tylko stawia kolce
dziś będzie inaczej
na języku mam zieloną pastę
podobno z wodorostów
jeśli tym razem będę wciągnięty
wtedy znajdę odpowiedź
czy warto mieć w życiu pastę
miejsce na oddech
GUSTAW JAKO PROZAIK
Jeśli dla kogoś moje dotychczasowe osiągnięcia prozatorskie nie są dość wymierne, oto sam się autodenuncjuję z co pokraczniejszych zdań. Czas kończyć brać oddech bo oto czas na
WAMPTURARMEM: TCHE ZAKON
Nazywam się Bartek. Jestem wampturarmem, czyli wampirem szczególnej rangi. Ostatnie tysiąc sto jedenaście lat przeżyłem tkwiąc uwięziony w ostatniej dziesiątce listy przebojów "disco polo reflux", na pozycjach ułamkowych. Teraz, po ostatecznym wymazaniu tego programu z powierzchni wszechświata, znów swobodnie kroczę po Ziemi. Wkraczam na przestwór Żoliborza Wampirycznego, domu wampirów, wąpierzy, wąsirów, wampapirusów, wampturarmów i innych krwiopijczych stworzeń. Totalny sajgon, jaki zastaję, aż za dobrze świadczy o tym, że jest to linia frontu toczonej od tysiącleci wojny pomiędzy arystokratycznymi klanami ASDF
(znanym także jako ASDFGHJKL) i QWERTY.
Celem znalezienia miejsca stałego pobytu, wpadłem na genialny pomysł: pogadam z kim popadnie.
-Ej wy, macie tu gdzieś jakieś wolne mieszkanie?
-A kogo obchodzi mieszkanie? Zaraz i tak stąd się wszyscy wyniosą.
-A to niby czemu?
-Sam zobacz.
Wampiry wszystkich możliwych gatunków stały w wijącej się niczym smok wawelski na paradzie zwycięstwa w Pekinie kolejce, z kankami, kanistrami i butelkami po wodzie mineralnej z nakryształowiejszych źródeł, przed niepozorną budką. Tupiąc z niecierpiwością zarzucili wszelkie toczące się rozmowy, gdy z budki wyszedł garbaty Pomocnik w fartuchu.
-Przykro mi, ale krwi dzisiaj nie będzie.
Zapanował gwar.
-NO JA CHYBA WSZYSTKICH POWYSTRZELAM! - krzyknął jegomość w czerwonym płaszczu i dobył plastikowego pistoletu na wodę.
-O ŻESZ! PADNIJ - wszyscy padnęli bądź pozamieniali się resztkami mocy w jakieś bardziej logistyczne kształty.
Typ w czerwonym płaszczu kontynuował swoje żale.
-JA PROTESTUJĘ! TO JA TU CZEKAM OD PRZEDWCZORAJ A W KOŃCU NIE DOWIEŹLI?
-Spokojnie, panie
-NIE BĘDĘ SPOKOJNY! CO ZA KRAJ! TYRAM JAK OSIOŁ NA WYSPACH NA ŻE TAK POWIEM ZMYWAKU TYLE LAT A JAK WRACAM, KRWI NIE UMIEJĄ DOWIEŹĆ? JA PROTESTUJĘ!
Chłopak był wyraźnie roztrzęsiony, tak jak i okolica, która tkwiła zawieszona między wyraźnym głodem, a tym, którego najbardziej ten głód zabolał. Postanowiłem rozbroić sytuację, z racji tego, że miał w ręku plastikowy pistolet z wodą święconą, o czym wspominał dziesięć razy przy każdej wypowiedzi.
-Kolego, protestować to mógłbyś sobie nawet i pięćset lat, a teraz zachowujesz się jak totalna pipa.
A nie, nawet nie jak pipa...
-CICHO BO ZASTRZELĘ WSZYSTKICH
-E E E, nie tak prędko! - Ostudziłem jego zapał. Miałem w zanadrzu wielki atut, dzięki temu, że moja klęska sprzed tysiąc stu jedenastu lat dokonała się w Poniedziałek Wielkanocny.
-Co mi zrobisz, ty... ej, jak się nazywasz tak w ogóle?
-Jestem Bartek, a to jest moje JAJKO PSIUKAJKO, wypełnione wodą swięconą w nie mniejszym stopniu niż twój pistolet!
Oczywiście, nie mogła to być prawda. Blefowałem. Lecz szczęście sprzyja Wamputrarmom, więc to łyknął. Wciąż jednak tkwiliśmy w pozycji kozacko-tatarskiej (znanej powszechnieJ jako zugzwang), mierząc w siebie swoje śmigusowo-dyngusowe uzbrojenie.
-STAĆ! NIE RUSZAĆ SIĘ!
I tak nikt się nie ruszał, więc było to kompletnie nie w porę. Obaj wystrzeliliśmy. Jego święcona woda i moja przegniła, nazwijmy to, też woda, trafiły w siebie nawzajem. Z tego niesamowitego połączenia powstało pokraczne, pierzaste Klu Programu, które spłoszyło się i uciekło.
Zostaliśmy bez amunicji. Nagle jakaś dziwna niby to słoniowa trąba zabrała zarówno moje jajko, jak i sprzęt mojego adwersarza. Jej dzierżycielka była szczupłą, lecz niestety grubo ciosaną przedstawicielką kobiecego rodu. Miała ze sobą kostur, na którego końcu tkwiło coś jak łeb makrauchenii. (Co to jest makrauchenia, rzecz jasna nie trzeba tłumaczyć. Ja wiem, więc automatycznie wiedzą wszyscy). W trąbce makrauchenii zaś - pistolet i jajko psiukajko.
-Rozejść się! Jestem kobieta w ciąży, mogę wejść bez kolejki.
Dziwne. Nie wyglądała jakby była w ciąży. Wytknąłem jej to.
-Moja ciąża jest stricte, a co więcej - ekstremalnie pozamaciczna.
A teraz dawać moją krew spod lady.
-Kiedy nie ma - odrzekł sprzedawca- nasz lewy autobus krwiodawczy przepadł.
Cały tłum, zrezygnowany i apatyczny, zaczął się rozchodzić.
-JAK TO NIE MA? Krzyknęła Ciężarna
-JAK TO PRZEPADŁ? - Krzyknął Bartek czyli ja.
-Szukaliśmy go wszędzie, zupełnie zniknął.
-My tu zaraz poumieramy z głodu.
-Ale co ja na to poradzę proszę pani. Proszę przyjść w czwartek.
-Nie, to nie przejdzie. Jestem kobieta ciężarna, mi wolno wszystko! Dzwonię po Zakon Konia! Dobyła więc telefonu. Wyglądał na stacjonarny. Istotnie, od niej można było dostrzec wleczący się ślad kabla.
-Zakon Konia? Zdziwiłem się głośno- Głośno dziwi mnie to, że znasz ich namiary!
-Ja też ich nie znałam ale widzisz co tu pisze.
-JEST NAPISANE!
A jednak myliłem się. Była to zapętlona w jakiś dziwny sposób "animacja" graffiti które na długości potężnego muru samo się pisało: JEŚLI SZUKASZ ZAKONU, ZAKON CIĘ ODNAJDZIE a dalej numer podany w znakach które zwykłemu śmiertelnikowi rozsadziły by mózg w połowie odczytania pierwszej trójki. W każdym razie wisiała tak na słuchawce dobre cztery gołoty zanim ktokolwiek podniósł słuchawkę.
Zanim jednak skończyła pierwsze zdanie swojej boleści, nasze podłoże uległo radykalnej zmianie i machnęło się do góry nogami, powodując nasz długi i bolesny upadek w głąb podziemi.
Jeszcze komuś mało? Czy ktoś mnie słyszy? Komu ja gram? Komu to potrzebne?
Zdarzało mi się też napisać... piosenki
Ja i mój Krzyś
Kiedyś kiedy byłem jeszcze młody
Wtedy miałem taki wielki pryszcz
Nie wiedziałem, co mam zrobić z nim
Mówili "ej to ten koleś co ma wielki pryszcz"
Wielokrotnie więc nie chciałem żyć
Wyruszyłem w podróż w świat
W budzie co myślałem że to jest przystanek PKS
Byłem paprotką przez trzydzieści nocy i dni
Słowa matki, pamiętam je do dziś
Weź nie pitol idź spać
Dziadek Roman ma sześć dodatkowych brodaw
Ciocia Zofia pośladki trzy
Nie narzeka nikt, w milczeniu cierp
Dlaczego zawsze jak do nich przychodzę
Czuć fioletowy płyn, sączony przez chleb
Chciałem wiedzieć co to jest
Mój ojciec figlarz niewyżyty
Przekazał mi to co zawsze chciał
Skosztowałem purpurowej pryty
Trafiłem do szpitala a tam doktor diagnozę miał
To nie jest pryszcz, to jest twój brat bliźniak
Niedorozwinięty w fazie prenatalnej
Nazwiemy go Krzyś
I będziesz go nieść jak swój krzyż
Powoli odchodzimy z dzisiejszego zagięcia czasoprzestrzeni. W kolejnych dniach wyzwania obiecuję że godności będzie trochę więcej. Tymczasem życzę przyjemnej i szybkiej kuracji, pozdrawiam.