3.00. Już miałem iść spać. Ale coś mnie skusiło, by wejść na Facebooka. Wchodzę więc, a tu post sponsorowany:
Rozpoczyna się kampania społeczna "Wykluczeni" wspierająca artystów zawodowych.
No i ciśnienie od razu skoczyło. Klikam w link odsyłający do kanału YouTube. A tam filmik. Pani płacze, bo gra na instrumencie ludowym i ledwo wiąże koniec z końcem.
I cóż, współczuję. Też bym wolał, żeby ludowi muzykanci zarabiali lepiej. Też bym wolał mieć więcej koncertów. Albo może być mniej, ale za to z gażą Maryli Rodowicz.
Problem w tym, że ustawa o artyście zawodowym niewiele zmieni w tym zakresie. Pani narzeka, że nie dostanie kredytu w banku. Ale przecież jak zostanie artystą zawodowym, to nikt jej nie da dodatkowych pieniędzy. Będzie mogła się tylko ubezpieczyć na preferencyjnych warunkach. Jeśli więc teraz jest jej źle, to po wejściu ustawy lepiej nie będzie. Dojdzie za to coś, co artyści kochają - biurokracja. Trzeba będzie stawać przed komisjami, dostarczać papierki, co miesiąc udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Tymczasem sprzęt elektroniczny zdrożeje, bo przecież całą tą machinę trzeba utrzymać. Ale o tym to już rozpisałem się rok temu, więc szkoda żebym się powtarzał.