Wczoraj wieczorem na chwilę opuściłem wartę w KBK i poszedłem do apteki, która jest zaraz za rogiem. Po drodze zajrzałem do przychodni, do której nie mogę się od poniedziałku dodzwonić. W środku tylko sprzątaczka i pani recepcjonistka. Przedstawiłem jej swój problem. Okazało się, że jest na zastępstwie i nic nie pomoże. Napisała jednak karteczkę z moim numerem i prośbą o oddzwonienie po godzinie 13.00.
Oczywiście nikt nie oddzwonił, a dodzwonić się nie da.
Na szczęście noga, która bolała mnie wczoraj już nie boli. Co ciekawe w nocy po powrocie do domu posmarowałem ją maścią, zabandażowałem i momentalnie pomogło. A dziś jest wszystko w porządku. No może nie wszystko, bo pięta jednak wciąż dokucza. Wczoraj pewno była pod wrażeniem tej drugiej nogi. Ale jak już pisałem: da się z tym żyć, tylko trochę upierdliwe, bo dłużej zajmuje dojście do sklepu.
Cała ta sytuacja przypomina mi trochę skecz Monty Pythona, na którym lekarz ze szpicrutą przechadza się przed szeregiem obandażowanych pacjenów (część jest o kulach) i wygłasza mowę:
-Wiem, że w niektórych szpitalach pacjenci leżą w łóżkach, śpią, odpoczywają, nabierają sił, wracają do zdrowia... ALE TO NIE U NAS! Nie będziecie gnili w łóżkach zawracając głowy swoim lekarzom! Ty zakichany kaleko, co ci jest?!
-Mam złamaną piszczel, panie sierżancie...
-Uuuuu... "mam złamaną piszczel, panie sierżancie"?! Coś Ci powiem kolego - w tym szpitalu nikt się nie przechwala złamaną piszczelą!
Tak to wygląda. Ale nie tylko u nas. Warto zwrócić uwagę, że to skecz angielski. Słyszałem, że w niektórych państwach "Zachodu" (UK, Norwegia) lekarz rodzinny zawsze "przepisze" paracetamol. W Polsce tak nie jest, bo jak do lekarza się nie dostaniesz, to sam sobie paracetamol weźmiesz. Czasem przejdzie, czasem nie.
Nic to. Nie chciałbym wyjść na malkontenta. Jedyne wyjście, to zgłaszać skargi, tak jak sugeruje , albo zmienić przychodnię. Tej, do której próbuję się dodzwonić, użytkownicy Google dali ocenę 2,4. Nie ze względu na lekarzy, tylko właśnie rejestrację. Z drugiej strony mieszkam tak blisko, że spokojnie mogę podejść wieczorem i się zarejestrować. Tylko najpierw muszą przyjąć moją deklarację... Jeśli do jutra tego nie zrobią, to pozostanie mi opcja druga: zmiana przychodni. Nu wot, kapitalizm.
AKTUALIZACJA: Oddzwonili. Mam wizytę umówioną na poniedziałek. Czy to początek wielkiej przygody? Zobaczymy.