Mieliśmy pójść tylko na lody do Polish Lody na pl. Bema, ale po drodze trochę zgłodnieliśmy. Wybór padł na #zjedzburgera, który z zewnątrz zachęca meblami z palet i już od jakiegoś czasu chciałem tam wstąpić. Postanowiłem nie sprawdzać wcześniej ocen na Facebooku, bo w przypadku Naleśników babci w ogóle to się nie sprawdziło.
Adres: pl. Bema 6 (GoogleMaps, OpenStreetMap)
Lokal ma dwa piętra, ale już na wejściu usłyszeliśmy, żeby lepiej nie iść na górę, bo jest tam bardzo gorąco. Pozostał nam zatem stolik pomiędzy schodami, barem, a wejściem, więc co chwilę ktoś tamtędy przechodził.
Jak się okazuje, pomimo restauracyjnego charakteru, nikt nie ma zamiaru podejść i przyjąć zamówienie, trzeba się ruszyć do lady. Postanowiliśmy zamówić dwa burgery Billy za 18 zł, ale bez pikli. Do tego lemoniada arbuzowa. Pani zapytała nas o stopień wysmażenia mięsa, co było dość pozytywnym zaskoczeniem. Oboje chcieliśmy bardzo wysmażone.
Ludzi w środku nie było jakoś dużo, a większość z nich już jadła podczas naszego zamawiania, więc nie mam pojęcia, dlaczego musieliśmy czekać aż 15 minut na nasze jedzenie. Gdy danie jest już gotowe, pani czyta numerek z paragonu przez mikrofon i trzeba się samemu pofatygować po odbiór.
Wygląd podania był w porządku, na papierze do pieczenia i dodatkowo na kwadratowej patelni. Z wyglądu było w porządku, ale tylko do czasu...
Tutaj niestety wszystko się psuje.
- w środku wielkie kawały cebuli, jakby komuś nie chciało się tego pokroić,
- po ściśnięciu burgerów ze środka wypłynęła ogromna ilość wody z tłuszczem - nie jestem jakimś kulinarnym specem, ale jak dla mnie mięso powinno smażyć się najlepiej z obu stron jednocześnie i w dodatku ściśnięte, aby ze środka wypłynęła cała woda (w przypadku tłustego mięsa można je ewentualnie potem odsączyć przed podaniem),
- masterszef tego lokalu stwierdził, że mięso będzie smażyć po prostu jak kotlet, przez co przypominał on bardziej mielonego niż burgera,
- mięso było albo źle zmielone, albo było to kilka rodzajów mięs,
- górna część bułki była twarda i się łamała, dolna była przemoczona tłuszczem z mięsa,
- ser wyglądał i smakował jak ser topiony w foliowych plastrach, które można kupić w sklepach...
I teraz najgorsze. Mięso w burgerze mojej żony w środku było SUROWE!
Wkurzony wziąłem to szybko do baru, aby pokazać, że chyba coś jest nie tak. Pani na to popatrzyła i zawołała tę od naszego zamówienia. Usłyszałem wtedy, że przecież chcieliśmy mięso słabo wysmażone! Ostro się wkurzyłem i w miarę kulturalnie odpowiedziałem, żeby zajrzała w ten swój notatnik, bo na pewno miało być mocno wysmażone. A jeżeli ona twierdzi inaczej, to w takim razie burger też nie jest słabo wysmażony, bo góra i dół jest prawie spalona. Pani wzruszyła ramionami, zabrała burgera i powiedziała, że zrobią nowego. Żadnego przepraszam.
Po kilkunastu minutach nowy burger jest gotowy. Oczywiście muszę wstać po niego, bo nawet w takiej sytuacji nikt nie zamierza mi go przynieść do stolika. Ponownie żadnego przepraszam.
Żona zaczyna jeść. W środku są pikle... Bez komentarza. Mięso nieznacznie lepiej usmażone.
Aha, lemoniada arbuzowa była arbuzowa tylko z koloru. W smaku przypominała starą gorzką cytrynę.
Po klientach zauważyłem, że panuje tam taka “kultura”, że papier do pieczenia wyrzuca się do kosza, a patelnię oddaje na blat lady. Osobiście chciałem zostawić wszystko na stole i po prostu wyjść, ale w mojej żonie odezwała się dobroć. Znowu żadnego przepraszam czy jakieś do widzenia.
W skrócie - było niedobre i się nie najedliśmy. Najgorszy burger we Wrocławiu. Powinni się nazywać #niejedztegoburgera. W tej cenie lepiej zjeść powiększony zestaw BigMaca.
Omijajcie #zjedzburgera z daleka.
Lodów w Polish Lody w końcu nie zjedliśmy. Kosmiczna kolejka sprawnie nas zniechęciła.