Miałem wysłać ten przepis na konkurs kulinarny, ale co mi tam, niech inni też mają jakieś szanse. Przy mnie to nowicjusze, a poza tym nie chciało mi się pykać zdjęcia. Niech idzie tu.
Zaczniemy zatem poważnie, od fundamentalnego pytania:
Kiedy spożywamy rosół?
No tak, pytanie niby sieriozne, bo i potrawa z tych zacniejszych, a możliwe odpowiedzi są tylko dwie, w dodatku obie prozaiczne do bólu:
- Kiedy mamy nań ochotę, najczęściej. Nie ma potrzeby tej ochoty specjalnie tłumaczyć, rosół jest bowiem potrawą smaczną, pożywną i – jakby komu mało było tych dwóch pozytywów – dodatkowo: tradycyjną. A tradycja – ważna rzecz.
- Kiedy musimy. Po rosół sięgamy kiedy czujemy się niezdrowo, jesteśmy wyczerpani, zaniemognięci, znóglecący i ogólnie wydrenowani przez rzeczywistość do cna. Wtedy nie ma jak rosołek, każdy to wie. Rosół jest bowiem potrawą smaczną, pożywną i – jakby komu mało było tych dwóch pozytywów – dodatkowo: wzmacniającą jak mało która. Acha, i tradycyjną, nie zapominajmy o tradycji. Tradycja ważna rzecz.
Podsumowując: rosół jest zatem spożywany w dwóch sytuacjach – dowolnej i przymusowej.
Istnieje wszakże jedna okoliczność, nieomal modelowa, kiedy te dwa powody zapotrzebowania na rosół łączą się, a nawet wzajemnie wzmacniają. To znaczy: i musimy wtedy, i chcemy, i na dodatek obie te rzeczy bardzo. Sytuacją tą jest kac.
Wszyscy wiedzą co to za stan. Jeżeli ktoś tam nie wie, to niech idzie i się czym prędzej dowie, zamiast zawracać nam tu dupę. My nie zamierzamy mu tłumaczyć co to takiego, ten kac. Nie wiemy, nie znamy się, nie mamy czasu, zarobieni jesteśmy.
Nie jest żadnym odkryciem stwierdzenie, że ostre, brawurowe picie przypomina nieco szaloną miłość: ustępuje wszelki ból, jest euforycznie (czasem aż do urzygu), w głowie się kręci a ziemia umyka spod nóg (czasem aż do pełnej lewitacji). I – co najważniejsze – broń Boże nie myśli się wtedy o jakichkolwiek konsekwencjach.
No właśnie, konsekwencje… Zastanówmy się… Jeżeli miłości blisko jest znaczeniowo do pijaństwa, to należy założyć, że i efekty obu będą do siebie podobne. I rzeczywiście – kac i następujące często po szalonej miłości małżeństwo również mają ze sobą wiele wspólnego. W obu przypadkach dręczą nas nieprzyjemne parestezje, dziwna niechęć do rozmowy i przyjmowania potraw, a także lęk przed śmiercią i niepokojące wrażenie, że świat nas oszukał, kiedy patrzyliśmy akurat w inną stronę. Telepie nas, łeb boli, w ustach niemiły absmak, człowiek przeklina siebie samego z wczoraj i żałuje, że się w ogóle urodził. Acha, i nader często okazuje się, że zniknęły gdzieś nasze pieniądze. W przypadku małżeństwa – możliwe, że permanentnie (to argument na korzyść kaca, czyli że lepiej się nawalić jak ostatni menel niż ożenić jak ostatni dureń).
Jest jednak jedna, dosyć istotna, różnica. W historii ludzkości nie istnieją udokumentowane przypadki wyleczenia się za pomocą domowego rosołu z nagłego małżeństwa. Za to z ostrego kaca – jak najbardziej.
Stąd też poniższy przepis, nasza pomocna dłoń wyciągnięta w stronę znękanych i cierpiących. Niech sobie ulżą w męce. Zgodnie z nową świecką tradycją podajemy go w punktach, będących przy okazji kronikarskim zapisem podjętych przez nas kroków przy ostatniej próbie podejścia do sporządzenia tej staropolskiej potrawy.
- Akcja rozpoczyna się późnym rankiem dnia następnego. Budzi nas potężny, dudniący, tępy ból w skroniach. Z trudem otwieramy jedno oko czując, że z naszym Bogu ducha winnym organizmem coś jest nie tak. Świadomość wraca do nas powoli i niechętnie, więc na razie nie wiemy co konkretnie.
- Po ostrożnym odemknięciu drugiej powieki i kilku kontrolnych mlaśnięciach językiem w jamie ustnej stwierdzamy, że nasz obecny stan może mieć związek z minionym dniem. Jakiś wewnętrzny głos, coś na kształt intuicji, mówi nam, że poważnym błędem było fundowanie wczoraj Megan-Farciarze upojnego popołudnia, wieczoru i… no właśnie, nie wiadomo czego jeszcze, bo – jako entuzjastycznemu kinomanowi – urwał nam się film, Megan-Farciara okazała się jednak niezłą zawodniczką.
- Po jakim takim ocknięciu rozglądamy się po domostwie, ale nie stwierdzamy nigdzie, nawet po kontrolnym rzucie okiem do łazienki i szafy, obecności rzeczonej Megan. Musiała się wynieść kiedy nasza świadomość była jeszcze na urlopie w miejscu nam nieznanym, myślimy. Po zastanowieniu podejmujemy ryzykowną decyzję o telefonie do Megan i delikatnym wybadaniu, czy wczorajszy wieczór zakończył się dla nas triumfem czy wręcz przeciwnie – spektakularną porażką i zawstydzającą kompromitacją, która zostanie potem obśmiana na wszystkich forach i serwisach społecznościowych. Megan-Farciara już taka jest. Uważajcie na nią. Ta kobieta nie ma sumienia. I skrupułów.
- Telefon wybadawczy odkładamy jednak na popołudnie, bo teraz naszym głównym problemem jest kac-gigant, który nas rypie. Tak, właśnie: rypie, nie da się tego określić inaczej. Rypie nas ten kac niczym siódemka recydywistów nowego więźnia pod celą.
- Nienawidzimy się za ten – wówczas w naszym pojęciu kozacki, teraz już wiemy, że jedynie duracki – pomysł z szalonym wieczorem. Zastanawiamy się jak czuje się teraz Megan-Farciara. Nadzieja, że być może gorzej niż my, przynosi nam niemal namacalną, choć krótką, ulgę. Ulga ta, powiedzmy to sobie uczciwie, podlana jest obficie sosem mściwej satysfakcji. Napawamy się tym przez chwilę.
- Cudowny obraz cierpień Farciary zostaje jednak natychmiast przez naszą wyobraźnię przyrzucony kilimkiem z wyhaftowaną na nim wizją rosołu, jako jedynego środka na nasze doczesne katusze i biletu na podróż z krainy zombie do społeczności istot żywych. Że zbyt wzniośle? No to powiemy po ludzku: w tym momencie rosół jawi nam się jako jedyne lekarstwo na kaca. Jest to bowiem kac z rodzaju tych, które podsuwają obdarzonym nim osobom grzeszne myśli o autodekapitacji przy pomocy każdego dostępnego w danej chwili, choćby i przypadkowego, narzędzia. Przyznajemy, że taka niecna myśl gości przez chwilę i w naszej zbolałej głowie. Tylko rosół nam pomoże. Rosołek albo samobójstwo, myślimy. Tertium, w mordę go mać, non datur.
- Mężnie podejmujemy rękawicę rzuconą przez Los, czyli decydujemy się uwarzyć sobie to panaceum na nasze doczesne cierpienia. W naszej skołatanej głowinie wszystko układa się w logiczny ciąg: ugotujemy rosół – zjemy go – ozdrowiejemy natychmiast. Proste.
- Słyszymy pukanie. To powracająca z wycieczki pamięć puka do drzwi świadomości ze smutną informacją, że jeżeli na czymś tak naprawdę się nie znamy, to jest to właśnie gotowanie w miarę zjadliwego rosołu. No tak. Na szczęście szybko znajdujemy wyjście z sytuacji: od czego jest rodzina? Konkretnie Ciotka Guglarka. Odpalamy laptopa.
- Szybka kwerenda w internecie uświadamia nam, że nie będzie lekko. To całe odcedzanie, pyrkanie na małym ogniu, nieomal magiczna kolejność dodawania poszczególnych składników… Być może wyzwanie nas jednak przerośnie, myślimy. A myślimy z trudem, bo kac.
- Organizm mimo to twardo domaga się rosołu. Wpadamy w lekki popłoszek.
- W końcu robimy to, co w naszej sytuacji zrobiłby każdy kulinarnie zdesperowany facet: dzwonimy do matki. Wiadomo: matka jest tylko jedna. W dodatku gotuje rewelacyjny rosół. Drżącymi palcy wybieramy numer, a drżącymi usty wyłuszczamy problem. Mamy świadomość, że zanim zacznie się część artystyczna, czyli lista kolejnych figur do wykonania w kuchni, których układ zakończy się ugotowaniem potrzebnej nam zupy, musimy najpierw odpękać program obowiązkowy, jak w łyżwiarstwie.
- Zgodnie z przewidywaniami matka raczy nas na dzień dobry nieuniknioną litanią pretensji o jakieś nasze zobowiązania i obietnice, których nie dotrzymaliśmy, czym doprowadziliśmy ją na skraj rozpaczy i do dziś serce jej krwawi z tej racji. Następne idą rodzinne rocznice, imieniny i święta, kiedy nie wpadliśmy z wizytą, choć powinniśmy przecież pamiętać o umęczonych rodzicach.
- Mamroczemy, że jesteśmy skruszeni i nie wiemy wręcz gdzie ze wstydu oczy podziać. W rzeczywistości wiemy – cały czas bowiem przeglądamy mejle, które przyszły wczoraj wieczorem gdy my bawiliśmy po drugiej stronie tęczy. Matka gada, my przeglądamy, to się fachowo nazywa: praca w tle. Czasu na to mamy aż nadto, bo lista żalów pod naszym adresem jest długa, choć matka mówi szybko.
- Matka robi dwusekundową przerwę na zaczerpnięcie tchu. My też zaczerpujemy.
- Po nabraniu powietrza matka zaczyna rozwijać opowieść o tym, kto i kiedy uczył ją gotować. Jej matka, czyli nasza babcia, naturalnie. Następuje dyżurna opowieść o różnych zabawnych zdarzeniach i uroczych acz niegroźnych wpadkach towarzyszących przez lata tej nauce. Łapiemy się na tym, że zaczynamy tego odruchowo słuchać, choć słyszeliśmy już setki razy. Tacy jesteś nieprzytomni! Na szczęście mamy zamontowane w organizmie coś w rodzaju biologicznego bezpiecznika – pęcherz, a ten z dużym wyczuciem chwili zaczyna nagle domagać się opróżnienia. Ocykamy się z letargu. Wiedza ile zwykle trwa matczyny wykład o babci daje nam pewność, że zdążymy. Ostrożnie odkładamy słuchawkę na biurko i na paluszkach dyrdamy do łazienki. Dajemy ulgę naszemu naturalnemu bezpiecznikowi i wracamy do rozmowy, zdążywszy jeszcze po drodze wypić w kuchni dwie szklanki soku pomidorowego z wczoraj, bo kac. Na szczęście nie wszystko poszło do Krwawych Mary.
- Podnosimy słuchawkę do ucha i konstatujemy z satysfakcją, że czas wyliczyliśmy perfekcyjnie – od zakończenia występu dzieli nas już tylko odpowiednik finałowego potrójnego Rittbergera: pełna afektu wzmianka o „boskim-serniku-świeć-Panie-nad-jej-duszą-babci„.
- Rittberger zostaje wykonany po mistrzowsku: brawurowo i bez podpórki, i na tym program obowiązkowy się kończy.
- Chcemy ponownie zaczerpnąć tchu, ale nie jest nam to dane, bo matka bez rozbiegu, nie czekając nawet na oceny sędziów rozpoczyna program dowolny. W którym to programie oceniane jest ogólne wrażenie artystyczne. Jak już wspomnieliśmy, układem dowolnym dzisiejszego występu ma być właśnie wyczekiwany przez nas przepis na rosół, chwytamy więc za długopis. Nareszcie!
- Program dowolny w wykonaniu matki godzien jest najwyższych not i stojącej owacji publiczności. To nie ulega kwestii. Roi się od wymyślnych piruetów, arcytrudnych skoków z trzema obrotami i skomplikowanych pasaży z drobieniem na ząbkach łyżew włącznie. Klasa olimpijska. Tyle tylko, że nic z niego, z tego przepisu znaczy, nie rozumiemy. Co więcej, narasta w nas powoli przekonanie, że nie zrozumiemy tego nigdy i już po wsze czasy pozostaniemy rosołowo upośledzeni. Smutna ta refleksja powoduje, ze tracimy na chwilę wątek. W dodatku kac, to podstępne bydlę, wykorzystując moment naszej nieuwagi zachodzi zdradziecko nas od tyłu i częstuje kolejnym potężnym uderzeniem fali nieprawdopodobnego, przyprawiającego o mdłości, bólu głowy. W oczach nam ciemnieje, długopis wypada nam z dłoni.
- W przypływie czarnej rozpaczy decydujemy się przerwać brutalnie wystąpienie matki i mówimy, że musimy już kończyć. Nieśmiało wymawiamy się pośpiechem, że niby właśnie przypomniało nam się o próbie baletu, na którą nie chcemy się spóźnić. Sami nie wiemy skąd nam się wziął ten balet. Prawdopodobnie to pierwsza myśl, jaka wpadła nam do zbolałej głowy. A może freudowskie skojarzenie z wczorajszymi baletami z Megan? Po krótkim zastanowieniu uznajemy, że cholera wie.
- Głos w słuchawce mówi jeszcze, że jeżeli zastosujemy się do matczynych wskazówek to nasz sukces jest gwarantowany. Tyle, że zanotowaliśmy tych wskazówek najwyżej trzy, a i te jakoś niewyraźnie. Ale nie przyznajemy się do tego, nie ma głupich. W myślach już wróciliśmy do opcji: przepis z internetu.
- Matka mówi też, żebyśmy koniecznie wpadli jutro, bo ona może załatwić prawdziwą wsiową kurę od Starej Kubiakowej, co to ma wszędzie znajomych i takie zakazane rzeczy jak nieekologiczna wiejska żywność bez unijnych certyfikatów czy żarówki nie oszczędzające energii załatwia w trymiga.
- Mówimy że pomyślimy.
(cdn.)
©niekarany "Książka niekucharska"
[picture: public domain]