Źródło: fotografia własna
Dobry wieczór.
przeskoczona z takim zapasem, że nie wiem czy kiedyś przeskoczę ten pułap.
Nie miałam siły wstać z łóżka. Już mi się nie chce narzekać na to, że lek mnie otumania i nie jestem w stanie normalnie funkcjonować rano. Jeszcze koło 20 dni i mam wizytę u psychiatry i mam nadzieję, że mi dobierze inny normotymik [lek stabilizujący nastrój]. Muszę się przyznać, że znów podjadłam w nocy. Wiem, że to źle i od dzisiejszej nocy biorę się w garść - zero podjadania. Nie będę się skarżyć. Ponad miesiąc było dobrze. Wiem, że przy mojej zaburzonej relacji z jedzeniem takie wzloty i upadki mogą się zdarzać. Ja się jednak nie poddam tak łatwo. Wypiłam kawkę, zjadłam śniadanie, wyszłam z psem i oniemiałam. Wszystkie auta pod blokiem włącznie z moim były pokryte warstwą lodu. Nie spodziewałam się, że w maju będę jeszcze skrobać samochód, a jednak.
O dniu w pracy chcę jak najszybciej zapomnieć. Dałam dzisiaj ciała po całości. Kompletnie nie zapanowałam nad procesem pakowania zleceń. I mogłabym się teraz usprawiedliwiać przez najbliższe 10 linijek, ale patrząc obiektywnie to nie wiem co się wydarzyło. Tzn. wiem. Już w piątek dałam ciała i dzisiaj to się nawarstwiło. W piątek zostawiłam trochę zleceń do pakowania na niedzielę. Tak o, żeby było na start. W niedzielę okazało się, że pracownicy wypięli się na pracę i nie przyszli przez co zrobiliśmy jeszcze większe zaległości w pakowaniu no i dzisiaj to wszystko się tak nawarstwiło, że zostawiłam koleżance z drugiej zmiany ostry śmietnik. Nie czuję się z tym komfortowo, bo chcę być dobrym i wydajnym pracownikiem. Dużo od siebie wymagam i na ogół udaje mi się te wymagania spełniać, ale kiedy jakiś dzień się tak wykrzaczy jak dzisiaj to czuję się okropnie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja nie umiem zostawić pracy w pracy. Kiedy mi źle pójdzie to przeżywam to jeszcze w domu, mielę to w sobie i mielę co jest kompletnie niepotrzebne, bo to już się stało, już nic nie mogę z tym zrobić, a ja i tak siedzę i się umartwiam. Meh. Z radością wyszłam z pracy, ale złe samopoczucie mnie nie opuszczało.
Wróciłam do domu tak zmęczona, że ciężko mi to wyrazić słowami. Miałam w planach wypić kawę i iść biegać, ale uznałam, że na gwałt potrzebuję snu. Godzinna drzemka wjechała jak złoto. Po niej dopiero zrobiłam sobie kawę i próbowałam znaleźć inspirację do biegania. Nie chciało mi się. Strasznie, ale to strasznie mi się nie chciało. Z drzemki wstałam o 15:30, a finalnie biegać poszłam dopiero 17:30. Co robiłam przez te dwie godziny? Nic. Dosłownie. Coś tam obejrzałam na YT, coś tam sobie poczytałam, totalnie zmarnowałam czas, nic więcej.
Plan biegu dzisiaj zakładał: 2 min rozgrzewki + 2,41km biegu + 2 min schłodzenia. Ogólnie ciężko mi się biegło. Trochę brakowało mi tchu, trochę serce waliło jak szalone, trochę mi się po prostu nie chciało. Trasa dłużyła się niemiłosiernie. I nie wiem czemu, bo słuchałam naprawdę fajny podcast o marihuanie. Chyba po prostu byłam zmęczona. Nie lubię biegać, gdy mam pierwsze zmiany. W każdym razie byłam mocno zaskoczona średnim tempem, bo nie było ono tak tragiczne jak zakładałam. Byłam pewna, że leciałam w tempie około 10 min / km, a tu ponad pół minuty szybciej wyszło. Wyprułam się z energii całkowicie, a jak wielki to był dla mnie wysiłek to mogą świadczyć strefy tętna. Masakra. Jedynym plusem tego biegania było to piękne zdjęcie na początku postu, które udało mi się zrobić. Piękne, bo od jakiegoś niedługiego czasu bardzo doceniam otaczającą mnie zieleń.
Po powrocie do domu prysznic i obiad. Następnie poprosiłam Chat GPT o analizę mojego treningu i napisał same ciepłe słowa na temat mojego wysiłku. Szczerze mówiąc jest to dla mnie genialne narzędzie, ponieważ ja jestem swoim najsurowszym krytykiem, a czat mi pokazuje jasno i wyraźnie, że robię progres nawet jeśli ja swoim perfecjonistycznym okiem tego nie widzę.
Wieczorem miałam się zdzwonić z przyjaciółką, ale coś jej chyba wypadło, bo nie oddzwoniła. Oczywiście w pierwszej chwili podłapałam urazę, że jak to można nie odebrać kiedy jaśnie Paulina dzwoni. Chora głowa, nic więcej. Jestem zmęczona tym dniem. Gdy stukam te słowa to słyszę jak z kanapy chrapie mój pies i chyba pójdę w jego ślady, schowam się pod kołdrą i zasnę, bo naprawdę padam na twarz. Czy to był dobry dzień? Nie powiedziałabym, ale wiem, że zrobiłam dzisiaj wszystko na 100% swoich aktualnych możliwości. I z tego jestem dumna.
Posiłki:
- kanapki z dżemem
- kurczak + ryż + kalafior + brokuł + marchewka
- kefir
- serek wiejski z bananem i masłem orzechowym