OK, ale to są przykłady przepisów (squatting i narkotyki), które staja się martwe i są usuwane z kodeksów lub proceduralnie nie egzekwowane pod wpływem akceptacji społecznej i reakcji na nią polityków. Mamy więc dwa czynniki, które są wymagane w takiej sytuacji - powszechna akceptacja społeczna takich działań i politycy, którzy słuchają tego, co mówią ludzie, obywatele. Jest wiele przepisów, które są powszechnie ignorowane, ale politycy nie patrzą w ogóle na ludzi i ich zdanie. W Polsce może kilka procent używających marihuanę jest za to skazywana czy zgłaszana i to wina polityków, że utrzymują martwy przepis, którego egzekwowanie robi więcej szkody niż przynosi korzyści i mamy prawie pełną akceptację używania marihuany. Nie ma równowagi pomiędzy wpływem obywateli na stanowienie praw, a politycznym wkładem. Prawa są w Polsce narzucane politycznie i nikt nie słucha i nie patrzy na społeczny konsensus.
Natomiast nie można też patrzeć tak jednostronnie. Bo palenie marihuany w większości przypadków nieszkodliwe dla samych palących, w określonych sytuacjach może mieć negatywny wpływ na nich lub na ich bliskich. I jeśli widzę taką sytuację, to nazwanie mnie kapusiem, bo dla czyjegoś dobra zgłaszam, że ma narkotyki (bo chcę, żeby wziął odpowiedzialność za siebie, może sąd nakaże leczenie bo stanowi to dla niego poważny problem) jest wstecznictwem. Podobnie squatting - jeśli mówimy o budynkach publicznych, nie zagospodarowanych - luz. Ale jak ktoś się wbija na prywatną posesję i zaczyna sobie mieszkać - to już jest naruszenie prawa do własności i zarządzania nią, i nie jest OK.
RE: Kapusie, wszędzie kapusie…